Wieczorne ognisko urzadzamy w iście kowbojskim kanionie, kolektywizujac przywiezione przez eco winko pigwowe.




Rano ponownie odwiedza nas straz. Pewnie chca sprawdzic czy zgadza się stan liczebny grupy- czy ktos noca nie przemknal się przez granice, by prosic Łukaszenke o azyl A tak serio to chca sobie pogawedzic. Opowiadaja , ze tu na wsiach to same nastolatki mieszkaja : „17 lat do setki”. Ponoc kreci się po okolicy dużo oszustów, naciągajacych staruszkow na kupno drogich dekoderow. Strasza , ze inaczej odetna im telewizje i nie beda mogli ogladac ulubionych seriali.

Nasze miejsce noclegowe



Zwiedzamy lesna cerkiewke i cmentarz



Łapiemy z Iza stopa do Policznej. Chłopaki ida dalej pieszo. Romek jedzie na rowerze do sklepu po piwo dla eco i Grzesia, by umilic im długa droge asfaltem! Co za piekny gest!!

Pod sklepem w Policznej spedzamy kolo 3 godzin, przysłuchujac się jak miejscowi przeplataja w rozmowach białoruska mowę z polska oraz obserwujac lokalna imprezownie pod jabłonka. Przysiada się do nas miejsowy mysliwy, poczatkowo tłumaczac krotsza droge do Topiła. Opowiada tez o bagnach, żubrach, porożach. Poczatkowo wydaje się, ze ot, zwykly miejscowy facet.



Rozmowa schodzi na tematy dalekich podrozy. Nasz nowy znajomy opowiada o wyprawach nad Bajkał, do Murmańska, Krym Ural, Mongolia... Aby nie być gołosłownym zaprasza nas do domu i pokazuje albumy pełne zdjec. On w tajdze z ogromna rybą, przy armenskiej knajpie, na Wołdze, w zagubionej zauralskiej wiosce.. Dostajemy od niego pęczek żubrówki i bukwicy- gdyż jest zapalonym zbieraczem ziół. Z dalekich wypraw przywozi nie tylko zioła, ale tez całe rosliny, które sadzi w ogrodzie. Jego dumą jest sosna syberyjska , która przyjechala w doniczce kilka tysiecy kilometrow. Grzes mial okazje widziec jego domowa kolekcje poroży, skór, zdjec i setek innych pamiatek z podrozy.

W drodze do Wiluk goni nas burza. W dali widac wielkie oberwanie chmury- a na nas nawet kropla nie spada.





Iza łapie stopa do Topiła- i siada w rozlany soczek koło kierowcy. Ja o mały włos nie rozgniatam niemowlaka plecakiem... Nasz kierowca poleca nam na nocleg pensjonat i ostrzega by nie rozbijac się na dziko, bo wlepiaja mandaty. Mówi tez, ze w Topile brak zasiegu, ale dwie kreski można złapac na dachu lokomotywki.



Namioty stawiamy nad jeziorem. Wieczór spędzamy w pobliskiej wiacie, rozmawiajac o dawnych hipisowskich chatkach i wyjazdach do Jarocina w latach 80 tych.

Noc jest przepiekna, ksiezycowa, a znad jeziora podnosza się opary i mgły. Na pomoście nie jestesmy sami- dzielimy teren z duza iloscia malowniczych pająkow.



Michał rozpala ognicho po drugiej stronie jeziora. Dołaczamy szybko do biesiady. Są nocne kapiele w ciemnych odmętach jeziora, a na rozgrzewke dziwny, miodowy napój alkoholowy, składajacy się prawie z samych „E”



Ja uczestnicze w nocnych kąpielach z brzegu, w dwoch polarach. Niestety...Mam inny zakres tolerowanych temperatur.

Ryby pluskaja, swierszcze graja prawie jak cykady, słychac kwik nocnego ptactwa. Jakos w ta ksiezycowa noc, w klimatycznej ekipie, można poczuc magie wolnosci i na chwile zapomniec o tych łanach tabliczek, okalających jezioro i wieś, zabraniajacych chyba wszystkiego oprócz oddychania..

Ogolnie Topiło to komercha totalna: pensjonaty, płatne miejsca ogniskowe i knajpa, do której nie można wejsc w brudnych butach, tylko trzeba je zostawic przed wejsciem, w przedsionku. Prawie jak do meczetu- a ja myslalam , ze tatarski szlak zaczyna się dopiero w Kruszynianach... ;-)

Rano upał, więc idziemy się kąpac. Pływaja wszyscy oprócz Michała, który chyba poszedł do kibelka.



Kapiel nie trwa specjalnie dlugo- pojawia się postawny gość, zmierzający ku nam zdecydowanym krokiem. Mówi o obowiązujacym zakazie kąpieli i chce nam wlepic mandat 200zl. Wydaje się być nieugiety, ale jak kilku golasów wychodzi z wody to troche mięknie i spuszcza z tonu Mówi, ze tu jest niebezpiecznie, bo jakies patyki stercza z dna i jak pływamy to mogą nas złapac za majtki i utoniemy... he he.. za co nas maja złapac? Nam to nie grozi ;-) W koncu chowa mandatowe karteczki i dzie sobie w cholere.. No to zarobilismy 1000zl. Tzn. 3 tys, jak brac pod uwage kapiele nocne, ognisko, biwak... Jedynie zal Michała! Biedaczek nie zdążył się wykąpac!!!

Pod sklepem gawędzimy z dwoma turystkami- jedna jest z Żywca a druga z Podlasia. Jedna jezdzi rowerem a druga autem z bagazami. Rozmowy schodza na tematy gorskich schronisk i splywy kajakowe. Dziewczyny opowiadaja , ze kiedys poznaly starsza wiejska babke, taka od krów, ze skopkiem w rece i chustce na glowie. Okazalo się, ze jezdzi ona co roku z synem na długie pielgrzymki rowerowe, dziennie pokonują ponad 100km- były już w Czestochowe, Wilnie, Licheniu..

Jedna z poznanych dziewczyn, niesamowicie załadowanym po dach autem zawozi nas do Hajnówki. Dostajemy tez sms od Michała, ze do Białowieży nie ma co jechac. Brak pól namiotowych, potworne ceny, same zakazy i komercha lejaca się strumieniami. Zatem będziemy się dziś kierowac na Narewke, ale poki co idziemy do knajpy „U Wołodii”. Miejsce to jest istnym muzeum eksponatów związanych z komunizmem i Zwiazkiem Radzieckim. Leninki w różnych pozach i kształtach, mundury i dyplomy, plakaty i proporczyki, flagi i tabliczki oraz niezliczone , kojarzace się z tematem rekwizyty, jak czapka uszanka czy harmoszka. Wojtek, wlasciciel knajpy, latami zbieral i skupywal rozne eksponaty, glownie jezdzac po Białorusi, po domach, nieczynnych kołchozach, wybierajac i restaurujac przedmioty wyciagniete z ruin i smietnikow, pozyskane od miejscowej ludnosci i drobnych kolekcjonerow. Teraz ponoc już trudniej cos znalezc, ale jeszcze 15 lat temu Białoruś była mekka dla tego rodzaju poszukiwaczy. Przegladamy ksiegi pamietakowe z wpisami z minionych imprez w knajpie, zdjecia Wojtka z roznych podrozy na wschod.







Wogole przychodzimy tu jak do dobrych, starych znajomych. Od razu pojawia się na stole piwko i przyjacielskie rozmowy. U Wojtka jest kilkoro ludzi: narabany masazysta i kilkoro innych. Jednego wkrecaja , ze ja jestem z Azerbejdzanu i nie rozumiem po polsku. Jeden dziadek chyba się nabral, bo zaczepia mnie i mowi cos po rosyjsku ;-)
Smutne jest to, ze to klimatyczne miejsce nie dziala już jako oficjalna knajpa. Wyglada na to, ze odebrali Wojtkowi koncesje na sprzedaz alkoholu. Mimo, ze knajpa ta rozsławiła Hajnówke w calej Polsce, a nawet świecie. Dopadły ją absurdy dzisiejszych czasów...Władze i mieszkancy nie są Wojtkowi przychylni. Ponoc mieszkancy okolicznych bloków skarża się na hałas i sikanie po krzakach. Inni dopatrzyli się łamania prawa w eksponowaniu „symboli zakazanej ideologii totalitarnej”. Niektórzy zarzucaja wlascicielowi, ze nie sciaga haraczu ze wszystkich zwiedzajacych jego minimuzeum, ze nie porzucil dawnych ideałow i bierze „co łaska”. Inni mowia, ze się rozpił albo ze przez ciągłe walki z władzami stracil serce do tego interesu.
Dlugo nie mozemy się rozstac z tym sympatycznym miejscem i jego bywalcami. Pozegnania trwaja chyba godzine, podsycane kolejnymi łykami piwa z puszki. A gdy odchodzimy Włodzimierz Ilicz odprowadza nas wzrokiem, az nikniemy za horyzontem..



Na obiad polecono nam sympatyczny „lokal gastronomiczny” gdzie mimo braku odpowiednich ozdób duch minionego systemu jest również obecny ;-) Przy wejsciu ktos pyta znienacka: „Ty jestes buba?”. Wszelki duch! Toz ja tu pierwszy raz jestem! Okazuje się , ze to „Hajnówka” z rosjapl.info/forum! Jak milo poznac osobiscie kolejnego forumowicza! I to jeszcze takiego, który mi polecil klimatyczne hoteliki na listopadowy wypad do Lwowa! Cała grupa, wraz z nowymi znajomymi, zasiadamy za stolem.



Z Krzyskiem wymieniamy się wrazeniami z Woodstocku. Opowiada nam tez o pracy w Holandii- w szklarniach przy hodowli róż i Bułgarach, którzy niezwykle szybko ucza się obcych jezykow.

Robi się pozno, więc plan dotarcia do Narewki wziął się i zdechł... Docieramy jedynie za Dubiny. Rozbijamy się na jakiejs działce budowlanej, koło „skały” z cegieł.
Obok wielka budowa drogi, chodniczków, rozjazdów i cholera wie czego jeszcze.. Pewnie po raz ostatni szumi tu sosnowy młodnik, a miejsce sluzy za nocleg przypadkowej grupie wedrowcow. Pewnie za rok, za dwa zapanuje tu nowy ład, z zasiekami, płotami i bramami, a zalany swiatlem ksiezyca skwerek, pelen swierszczy i przyjacielskich rozmow, pozostanie już tylko w naszej pamieci.

Poranek budzi się deszczowy, leje gdzies do 13. Budowa drogi ma jeden niezaprzeczalny plus- latwo lapie się na stopa auta stojace na swiatlach. Zabiera nas pierwsze zaczepione auto- dziadek w polonezie zawozi nas pod sama knajpe w Narewce.

Z Narewki jakos gubimy droge i zamiast na Mikłaszewo schodzimy na Olchówke. Po drodze cmentarz żydowski i tabliczka informacyjna w dwoch jezykach- hebrajskim i angielskim. Dlaczego nie dali wzmianki po polsku- w języku obowiazujacym w kraju, w ktorym ów obiekt się znajduje? Przypadek? Lenistwo? Czy celowe okazanie pogardy dla naszego kraju? Cmentarz niby nawet ładny, ale opuszczam go z duzym poczuciem niesmaku..
https://picasaweb.google.com/1010011...16002076855730

W Zabrodach siadamy na ławeczce przy PKSie i w ostatnich promieniach słonca delektujemy się ciszą. Rozmawiamy tez z babuszką- ofiara wspolczesnych mediów. Biedna kobiecinka panicznie się boi wszystkiego: o losy wnuczki studiujacej za granica, niepokojem napawa ja nawet droga do sąsiedniej wsi. W telewizji pokazuja burze, huragany, wypadki, bandytow i terrorystow! Dziwi się, jak by mamy odwage podrozowac w takim zlowieszczym swiecie.. Babcia tez wykazuje duza dociekliwosc wypytujac nas o rozne koligacje rodzinne.



Do Siemianowki wiezie nas facet, który opiekuje się dewizowymi mysliwymi, ale z romowy wynika, ze nie darzy ich specjalna sympatia. Pod nogami w czasie jazdy mamy statywy na strzelby.
W Siemianówce pod sklepem już na nas czekaja Eco, Grzes i Michał. Dzielne chlopaki zdążyly już pobratac się z miejscowymi. Lokalsi opowiadaja nam o załozeniu zbiornika siemianowskiego w latach 80 tych, o zalanych wsiach np. Łuka, gdzie na brzegu został 1 dom, krzyż i ruina sklepu. Inny wspomina, ze buduje dom, a dziś z kumplami robili wodociag. Wszystko się udalo zgodnie z planem, podłączyli, zamocowali- ale wody jak nie było, tak nie ma.. Coz robic w takim momencie? Ano trzeba się isc napic z kumplami ;-)



Żegnamy się już po zmierzchu i ruszamy na groble. Nocleg wypada nam kolo mostu, na wąskim, małym przesmyku. Z jednej strony jezioro, z drugiej kanał, grobla z torowiskiem i dalsza część jeziora. Prawie jak Arabatka- tylko brak chrzęstu rakuszecznika w zębach! ;-)