Potem sielanka nad stawami w Kondratkach, gdzie wypijamy wino a ja łapie ogromnego kleszcza i pijawke. Zdecydowanie wolę pijawki! Nie wiem czemu, ale czuje do tych stworzen nawet pewna sympatie. Eco i Iza widzac pijawke na mojej nodze natychmiast wyciagaja swoje nogi z wody!
PGR w Kondratkach to już zwykla ruina, jakich setki w kazdej czesci Polski.
To już nie to niesamowite miejsce do którego trafilismy z toperzem, Kuba i Zosia w sierpniu 2004. Wygladalo wtedy jak dryfujacy statek widmo. Puste, otwarte na osciez budynki, hale pelne ogromnych pordzewialych maszyn, tysiace skrzynek pod sufit z butelkami po coli i oranzadzie. Ale prawdziwy szok to były pomieszczenia biurowe. Zakurzone, zarosłe pajeczynami. Pelne szafy i sejfy dokumentow, swiadectw, indeksow, dyplomow, listow. Imienne wezwania do sądów i szpitalne historie powaznych chorób. Sprzed lat pieciu i trzydziestu. Kompletne umeblowanie, firanki, lampy. Brak pradu, ale woda w umywalkach była. Na stole scenka jak z filmu- szklanka a na dnie zaschnieta torebka herbaty. Miejsce jakby wyjete z rzeczywistosci, gdzie zimny pot zraszał czoło na kazdy dźwięk skrzypiacych od wiatru drzwi.
Łapiemy na stopa wywrotke jadącą po piasek do Dublan.
W Dublanach włóczymy się po wsi. Zwiedzamy opuszczona chalupe gdzie 6 lat temu przeczekiwałam z rodzicami burze. Otaczały ja wtedy ogromne stare drzewa. Dziś wyciete i rozwłóczone po okolicy. Naliczyłam 11 grubych pni. Chałupince zawalił się dach. Pokoje rozszabrowane. Tylko piec kaflowy z zapieckiem został prawie bez zmian. I pokrywka, leżąca w tym samym miejscu niezmiennie od 6 lat.. jakby nieświadomą ogromu zmian zachodzacych w calym otoczeniu..
Dublany, lipiec 2005
Dublany, sierpień 2011
Przed jednym z domow trzech facetow biesiaduje nad szklaneczkami. Proponuja, ze podwiozą nas do Mostowlan ale za poł godziny. Teraz zapraszaja do siebie. Eco,nie wiedziec czemu, wyrywa do przodu. Więc na bimberek się nie załapalismy. Stop po chwili nas dogania. Jedziemy za traktorem na furmance wypelnionej świeżą trawa.
W Mostowlanach cerkiew,
wizyta nad graniczną rzeczka Świsłocz
a za wsia spotkanie ze straza graniczna, tym razem z bardzo niesympatycznym, zarozumiałym gowniarzem
W Świsłoczanach odwiedzamy „miejskie kąpielisko” - błotnisty fragment granicznej Świsłoczy, wśród trzcin , z lodowata wodą.
Za wsią łapiemy na stopa białoruski bus, który pedzi po nierównej drodze z prędkoscia jakby właśnie wjechal na autostrade.
Obiad pod sklepem w Bobrownikach. Uwielbiam klimat przejsc granicznych. Takich przejść granicznych. Długi szereg TIRow, który przez godzine ani drgnął. Dwoch tirowcow woła do nas, ze mogą nam podgrzac żarcie, ale odpalilismy już kuchenke, więc dziekujemy. Przy pylistej, dziurawej drodze sklepiki, bary, kantory. Białorusini przy budkach rozmawiaja sciszonymi glosami: jak przechytrzyc polska policje na drodze, czy które fragmenty drog bezwzglednie omijac.
Potem łapiemy stopa do Kruszynian- ogromna cysterne zmierzajaca do Krynek.
Rozbijamy się na nocleg na granicy łąk i lasów, za wsią, w malowniczym brzozowym zagajniku. Ognisko, opowiesci, jarzębinówka. Z wieczora towarzyszy nam ryczący jeleń. Troche wczesnie jak na rykowisko.. Ale ten osobnik się nie przejmuje terminem, daje niezly koncert w pobliskim lesie. Fajny klimacik!
Miejsce noclegu nad ranem wydaje się jeszcze ladniejsze.
Schodzimy do Kruszynian. Aby wczuc się w tatarski klimat zjadamy kołduny, czeburieki, solianke. Potem zwiedzamy meczet.
Oprowadza młody Tatar, który gada jak katarynka. Historia polskich Tatarów płynie z jego ust jak zapętlona płyta. Na cmentarzu przykuwaja uwage zadbane groby, ale jeszcze bez lokatorów.
https://picasaweb.google.com/1010011...98329614117650
Łapiemy stopa do Krynek. Miły chłopak poleca nam lokalny bar „Pod Modrzewiem”. Opowiada o dwoch rastamankach z wioski Łapicze, które poł roku spedzaja na Podlasiu, pół w Indiach, a zyją ze sprzedazy wlasnorecznych wyrobow skorzanych na allegro. Podjezdzamy autem pod sam cmentarz żydowski- ponoc samodzielnie trudno by nam było go znalezc.
Cmentarz lezy przy uliczce o wdziecznej nazwie- „Zaułek Zagumienny”, gdzie jest dużo drewnianych spichlerzykow.
Koło godziny spedzamy w poleconej knajpce.
W Krynkach mijamy tez stara, nieczynna synagoge, zwaną „Kaukaski Dom Modlitwy”. Obecnie jest tu dom kultury, a teraz na calej ulicy słychac glośna, łupiaca muzyke. Wewnatrz obiektu odbywa się właśnie dyskoteka.
Potem stop do Białegostoku. Dzien był od rana parny, duszny, zbierało się na burze. Na wysokosci Supraśla rozpętuje się istne piekło. Czarno jak w nocy, sciana deszczu, wycieraczki nie daja rady zbierac wody. Auto jedzie jak amfibia, w tunelu rozprysnietej wody. Bardzo wspolczuje rowerzystom, którzy w takich warunkach pedałuja poboczem drogi... No właśnie! Gdzie jest Michał? Nie pamietam , zebysmy go mijali? Czy zdążyl się schronic przed nawalnica?
Michał mądrze skrył się w knajpce w Supraślu, polozonej klimatycznie w dawnym budynku kina „Jutrzenka”. W knajpie można podziwac wystawe zdjęc z Etiopii, a obok dziala kino polowe, które wyswietla malo znane, zagraniczne filmy.
Nasz mily kierowca podwozi nas pod same drzwi białostockiego PTSMu, zebysmy nie zmokli.
Jakie to piekne , ze są jeszcze tacy ludzie na swiecie!
PTSM zatłoczony. Wrazenie robi srednio mile. Troche rażą restrykcyjne przepisy dotyczace niekoedukacyjnosci pokoi czy alkoholu, poparte wszedzie rozwieszonymi informacjami o monitoringu. Ale obiekt tez ma zalety- jest sucho, blisko do dworca PKP.
Wieczorem bezskutecznie poszukujemy otwartej knajpy. W koncu robimy zapasy w „swiecie alkoholi” i degustujemy na ławeczce, przy placu zabaw.
Potem jeszcze mila rozmowa w kuchni z rodzinka z Poznania, którzy razem z synem podrózuja po swiecie. Rok temu była Skandynawia stopem, za miesiac ruszaja do Turcji. Acz ogolnie to w schronisku panuje malo imprezowa atmosfera.
Rano nastaje smutny czas powrotu.. W pociagu TLK na trasie Białystok -Warszawa rozsiadamy się w przedziale rowerowym. Poznajemy tam Olka z Sanoka, który właśnie wraca z samotnej rowerowej wyprawy po Podlasiu. Podroz mija nam szybko na milych rozmowach, w ostatniej chwili wymieniamy się numerami telefonow. Mam nadzieje, ze będzie nam jeszcze dane się spotkac.
W Warszawie wysiadamy a nasz pociag napycha się do granic mozliwosci. Ludzie, nie mogac normalnie wejsc, podaja sobie przez okna bagaze, dzieci, psy. Gdzies sterczy z okna noga, gdzies puszysty ogon. Kwicza małe dzieci włozone do przedzialu pelnego obcych ludzi. Slychac podniesione glosy, przeklenstwa, łoskot wypadajacej na beton walizki.
Tymczasem parę metrow dalej zakonnica spokojnie gawędzi z jakas grupą o przebiegu szlaku do
Santiago de Compostela i szlaków św. Jakuba. Z jej twarzy emanuje wielki spokoj i radosc, zwłaszcza jak mowi o małej wiosce zwiazanej z biografia swietego.
My tymczasem opuszczamy ten nabity pociag i suniemy dalej na poludniowy zachod składami regio i IR- polaczeniem, które znalazl nam Michał. Pociagi puste, przestronne, tansze i omijajace miejsce wypadku pod Piotrkowem. Jadą „bydlece” wagony, gdzie jest do woli miejsca dla czlowieka, karimaty, plecaka, roweru, piwa czy sniadania rozlozonego na serwetce. Ba! Tylko chyba ogniska brakuje!
Pociag sunie przez lasy, pola, wioski.. Wiatr świszcze donosnie w oknach.. Ale swist pociagu powrotnego już nigdy nie jest tak piekny, jak tego, który niesie dopiero na wyprawe....
wiecej fotek jak zwykle na picasie
https://picasaweb.google.com/1010011...aTamIspowrotem
https://picasaweb.google.com/1010011...remchyDoTopila
https://picasaweb.google.com/1010011...ADoSiemianowki
https://picasaweb.google.com/1010011...ajpa_u_Wolodii
https://picasaweb.google.com/1010011...iemianowskiego
https://picasaweb.google.com/1010011...zanDoBobrownik
https://picasaweb.google.com/1010011...szynianyKrynki






















Odpowiedz z cytatem