Taa... z tego miejsca to się dopiero burza nam rozwinęła - fragmentarycznie oczywiście ... Przerwy były wystarczające aby przejechać za każdym razem jakiś odcinek. Opuściliśmy chatkę i pomkneliśmy do miejscowości Otrocz... Wcześniej w Tokarach był moment żeby odbić w prawo w kierunku wąwozów poprzez, przez które tu w okolicy prowadzi szlak, lecz rozkojarzona ma uwaga zbliżającą się burzą skierowana była wtedy na poszukiwanie jakiegoś schronienia i minęlśmy ową szansę na skręt :)... w sumie dobrze wyszło, biorąc pod uwagę warunki w czasie ulewnego deszczu w wąwozie jakimkolwiek
na Roztoczu, mielibyśmy z pyszna :D, później zresztą mieliśmy tego namiastkę... pozostałem przy tym aby mknąć asfaltem... w Otroczy uchwyciliśmy przystanek pks, znów zaczęło grzmieć, taki przystanek daje schronienie chociaż przed deszczem :)... Jak przegrzmiało to znów ruszyliśmy dalej i jeszcze w Otroczy odbiliśmy na szlak w prawo gdzie za jakieś 200 metrów przy krzyżu w lewo co nas miało na Batorz wyprowadzić, ale nie wyprowadziło ... za siołem szlak zgubiliśmy, lecz jedziemy, co tam ... dobra droga, burza gdzieś z boku, gdzieś wyjedziemy, zwłaszcza że rozpoczęło się w dół :D, pole-las, las-pole... tak żeśmy pobłądzili, zorientowałem się gdzie jesteśmy, do Batorza jeszcze `kawałeczek`, choć powinniśmy już tam być ... Wyjechaliśmy za to na Biskupie... przecieliśmy rzekę Por, która daje tu początek Padołowi Zamojskiemu...
http://pl.wikipedia.org/wiki/Por_%28rzeka%29
http://pl.wikipedia.org/wiki/Pad%C3%B3%C5%82_Zamojski
...nie mieliśmy najwyraźniejszej mapy i o dobrej skali :/ no cóż, troszkę się było w niej ciężko zorientować, jakaś `zakolorowa` (podarowałem ją właścicielowi ośrodka w Solcu Nad Wisłą , ktory pragnął się na Roztocze Zach. wybrać... była to jedyna mapa zachodniego roztocza jaką posiadałem, ale wtedy mieliśmy je już za sobą, dałem Mu ją w zamian za łyżkę do herbaty Gerlacha... bo zbieram)...
Tak więc wyjechaliśmy na sioło Biskupie co się zowie i tu zaczęło się błyskać i walić, na szybko rozglądaliśmy się gdzie by tu się schronić, nie było żadnego przystanku, ale w gospodarstwie nieopodal zauważyliśmy kobietę, skierowaliśmy się tam i poprosiliśmy o schronienie, skierowala się z nami do stodoły...stanowila owa starsza wiekiem kobieta jakby ikonę dawnych czasów.... była bowiem na boso... burza i wicher wraz z opadem konkretnie nadawały razem, wyręczyłem kobietę w trzymaniu drzwi od stodoły w pewnym momencie, bo zaczęlo nimi konkretnie targać, po tym się uspokoilo... przyszedł jej syn
i wywiązała się dluższa rozmowa na tematy różne i naszej podróży... Pożegnaliśmy się wszyscy i my ruszyliśmy dalej szosą z której zjechaliśmy w kierunku Wólki Ponikiewskiej a następnie Ponikw... Parę razy zatrzymując się bo znow zaczynalo nadawać koncert niebiesiech, parę razy rymsło koło przystanku w którym się schroniliśmy, a takich zaliczyliśmy jeszcze po drodze ze trzy... Gdy znów za Ponikwami przecieliśmy rzeczkę Por, i dojechaliśmy do skrzyżowania na Wólkę Batorską w lewo a w prawo na Stawce było, stwierdziłem że pomyliliśmy drogi i wróciliśmy się do ostatniego przystanku przy moście nad Porem, po czym pojechaliśmy, wydawało mi się że dobrze, pod górę i że to droga na Batorz... Gdy już byliśmy u `szczytu` tj. na wierzchowinie rozwinęły się przed nami przeraźliwe chmury, jakby były tuż nad ziemią, elektryczność w mym wyobrażeniu była tuż, przestałem myśleć, byliśmy jak na dłoni niebiańskiego snajpera, grzmiało, błyskało, a chmura zdawała się paszczą lwa... dojechaliśmy do paru budynków jakiejś kolonii mijając wcześniej kobietę która szla z dzieckiem przez pole malin... wróciliśmy się kawałeczek i zajechaliśmy na podwórze pukając i prosząc o schronienie chociażby w szopie... kobieta zaprosiła nas do środka, naparzyła herbaty i wywiązała się bardzo sympatyczna rozmowa... ową kobietą była ta którą wcześniej z dala widzieliśmy na malinisku, powiedziała że to miejsce zazwyczaj burze omijają że pada w Batorzu a tu mało kiedy, ale dziś istne oberwanie, a ona poszła zobaczyć jak owe maliny zsiekł grad i co zostało... Gdy wydawało się że burza się skończyła kobieta wytłumaczyła nam jak dalej jechać... po pożegnaniu ruszyliśmy, ale przejechaliśmy tylko 300 może metrów... iły i lessy to istny klajster, mieliśmy `buły` tego na szczękach hamulcowych a miedzy oponami a błotnikami tyle że skutecznie zahamowało to dalszy obrót kół... wierzcie mi, tłusta tam ziemia jest... ciągnąc rowery z bagażem na powrót do innego domostwa tuz obok, bo okazało się że burza `nawraca ` i to nie zgorzej, a nawet lepiej jak poprzednio, poprośilliśmy o schronienie u ludzi tu mieszkających i znów herbata i poczęstunek i zdziwienie że taki szmat drogi i jeszcze taki szmat przed nami , starsza kobieta nam się wyżaliła na synową, poopowiadała swoje życie, wywiązała się nić sympatii z tej żałości nad dolą ... dobroduszni ludzie i szczerzy... teraz to już naprawdę wszędzie dookoła było mokro i takie błoto że zdecydowaliśmy się wrócić w dół droga którą tu dojechaliśmy... to była miejscowość/kolonia o nazwie Gwizdów :)... okazało się, że się nie pomyliłem poprzednim razem, a pomyliłem się z tym właśnie że myślałem, że się mylę ... dojechaliśmy przecinając w tym miejscu jeszcze raz na owym moście (trzeci raz) Por... skręciliśmy na Wólkę Batorską i prąc już przed siebie zasięgnąwszy języka w Wolce Batorskiej o jakiejś agroturystyce (bo byliśmy niemiłosiernie zmęczeni, a burza nie nastrajała nas na dzikie rozbijanie)... dojechaliśmy do Batorza gdzie nie pytając o cenę, a zważywszy po wejściu na pokoje że słono zapłacimy następnego dnia zdziwiony byłem że tak mało ... poprosiłem o wąż z wodą i obmyłem rowery z reszty lessów i iłów :)... Wcześniej jeszcze, w Gwizdowie odłubałem je z grubsza, bo nie dało się jechać w ogóle... tak to po męczącym dniu w ściganiu się z burzą czy tez burzami, dotarliśmy do granicy roztocza zachodniego, którą może Batorz wyznaczać i w sumie ponoć wyznacza ... zlegliśmy w sen...