Hej! Biorąc pod uwagę przykłady, które podałeś, to moim zdaniem teza, iż „alkohol jest bardzo ważnym elementem bieszczadzkiego krajobrazu kulturowego, a jego zgubne skutki są traktowane z przymrożeniem oka” postawiona jest troszkę na wyrost. Myślę, że śmiało możemy pominąć w dyskusji utwory Wincentego Pola i Zygmunta Kaczkowskiego gdyż trudno by było dopatrzyć się w nich jakiegokolwiek związku z tematem :).
„Następny do Raju” Marka Hłaski – nie pamiętam dokładnie gdzie, ale na pewno akcja powieści nie toczy się w Bieszczadach, baza transportowa usytuowana jest chyba gdzieś w Sudetach, więc troszkę naciągany przykład.
„Wino truskawkowe” – gdzieś w Beskidzie Dukielskim, więc tuż za bieszczadzką miedzą. Niestety, ten film jakoś na mnie nie zrobił większego wrażenia, obejrzałem go tylko raz i nie pamiętam puenty. Ale dobrze pamiętam „Dom zły” i jego mroczną i z każdą minutą gęstniejącą atmosferę. Ukazane tam morderstwo, popełnione w oparach alkoholu i pod wpływem żądzy posiadania na pewno nie zostało strywializowane. Natomiast drugi wątek, czyli prowadzone dochodzenie, ukazuje milicjantów, a przede wszystkim prokuratora w kilku komediowych sytuacjach spowodowanych nadmiernym spożyciem, lecz w ówczesnych czasach takie zachowanie (czyli picie w pracy) nie było tylko i wyłącznie domeną tych służb, jak również nie można przypisywać go do terenu Bieszczadów (np. „Psy” Pasikowskiego).
Z kolei w opowiadaniach Rafała Dominika bardzo często i wyraziście przedstawiany jest problem alkoholizmu miejscowych oraz jego skutki (okaleczenia fizyczne, psychiczne i przedwczesna śmierć wielu amatorów wina prostego). Dla przykładu fragmencik opowiadania „Kantor wysyła Teatr Martwego Człowieka w kosmos” przedstawiający codzienny i przygnębiający widok ludzi przegranych, czekających na poranny zastrzyk alkoholu:
„...Piątka osób na potwornym kacu: jeden patrzy w nieboskłony, drugi nerwowo przechadza się w klatce nałogu, trzeci z dłońmi w kieszeniach starego płaszcza spogląda przed siebie niewidzącymi oczami, czwarty kuca i dłubie patyczkiem w błocie, piąty siedzi na zmurszałej desce. Nie rozmawiają ze sobą, ale łączy ich nierozerwalna więź – stalowe kajdany głodu alkoholowego.
...Smutno patrzeć na te opakowania po istotach ludzkich.
Lada chwila wyląduje statek kosmiczny i odleci jeden z nich w swoje gwiazdy. Następny wsiądzie do pociągu bez biletu powrotnego i dotrze do stacji Śmierć.
Listopad, cała Grupa Kantora wydaje mi się przeraźliwie smutna i bolesna. Moje zadumanie przerywa Mietek. Trącając mnie w łokieć, mówi:
- Daj dwa złote, brakuje do wina.
Daję pięć i mówię:
- kupcie sobie jeszcze świeczkę na wasz grób. Dzisiaj święto zmarłych.
I znowu jak u Edgara Poe żywi są martwi, a martwi – żywi.”

Na temat „Opowieści bieszczadzkich” Jerzego Janickiego na razie nie będę się wypowiadał, gdyż muszę je sobie przypomnieć i chociaż przekartkować (jakoś nie zapamiętałem ich pod kątem spożycia i jego skutków).
Ciekawy temat Marcinie i czytając różne opowieści bądź oglądając filmy związane z tym terenem, trudno nie zgodzić się z pierwszą częścią tezy, iż „alkohol jest bardzo ważnym elementem bieszczadzkiego krajobrazu kulturowego”. A czy zgubne skutki przezeń wywołane traktowane są przez autorów z nadmierną lekkością? Trudno to odpowiednio ocenić, ale według mnie nie. Czekam na inne opinie i przykłady.
PS
„Jabolowe ofiary”, „Jabol Punk”, „Chodnikowy latawiec”, „Wino za karę” i inne utwory podobne treścią, są związane z nurtem muzycznym Kapeli, a nie z Bieszczadami, więc też bym ich tu nie wścibiał :)