Rano wita nas slonce, suniemy więc w strone Krywej Kosy. Nie udaje się jednak dotrzec do konca, dochodzimy do szlabanu. Na wartowni nam mowia, ze dalej rezerwat ,można wejsc tylko za biletem i tylko w sezonie. Probujemy ich przekonac, ze my zaplacimy i ze może się jakos dogadamy, ale są wyjatkowo nieprzekupni i nieugięci. Bilet musi przejsc przez kase fiskalna, a mają ją tylko w sezonie. Zabawne jest, ze w miejscowosci turystow praktycznie brak, a dostepu do mierzei pilnuja az trzy osoby: komandir, pomocnik i młody, który się uczy. Aha! Zapomnialam jeszcze o ładzie niwie z napisem „ochrana zapowiednika” , w której siedzialy 3 osoby i wygladalo, ze jada do wsi po wódke.
Idziemy sobie zatem wybrzezem kosy, przedzierając się przez chaszcz trzcin zakrywajacych nas z głową.
Gdzies tam kołyszą się motorówki, a na łachach piasku wygrzewaja mewy.
Zatoka od strony Nowoazowska jest strasznie brudna, ma zapach przeterminowanego syropu od kaszlu. Nawet grzywy fal są brązowe, takie jakieś blotniste...na brzegu piana, popękany piach, gdzieniegdzie zdechła mewa..
W takich warunkach to nawet cień musi się napić!
Dalej kawałek czystej, piaszczystej plaży. Robimy sobie tu krotki biwak.
Pobyt na plaży bez fikołków jest nieważny!
Mijamy tez dziwny cmentarzyk wśród pól, daleko za wsią.. Koło siebie groby z krzyzem i z gwiazdą..
Na betonowym wybrzezu jakiegos dawnego pensjonatu gotujemy obiad- fasolke. Zanim jednak fasolka trafi do menażki musimy stoczyc długą walke z opakowaniem- skrzyzowaniem puszki i sloika.. Nasz chinski nóz i aluminiowy niezbednik nadaja się jedynie do otwierania batoników.. Do walki z puszką używamy gwoździa z ogrodzenia i różnych gabarytów kamieni.
Idziemy w stronę polecanej przez Jurę wioski Obryw. Cale wybrzeze, ciągnące się przez kilka kilometrow , jest obstawione pensjonatami. Opłotowane, zamkniete. Nie sposob wejsc na plażę czy chociaz zobaczyc morze.. Praktycznie wszystkie pensjonaty opuszczone. Stan różny, w niektórych są jeszcze meble , sprzęty, szyby w oknach..W innych wali się już dach, wnętrze wypatroszone. Jedyne co jest nowe, świecace i tegoroczne to kłódki na bramach. Kazdego pensjonatu pilnuje strażnik i psy. Wyglada na to, ze pół wsi pilnuje, żeby drugie pół nie moglo tam wejśc.. Mamy poczucie totalnej nierealnosci i bezsensu- nie można przebywac na plaży bo należy do pensjonatu, nie można zamieszkac w pensjonacie i korzystac z plaży bo pensjonat już nie istnieje..
Za tabliczka oznaczająca koniec Siedowa konczy się zwarty mur pensjonatów i zaczyna normalna wies. Można podejsc do morza. Na plaży rakuszecznik, a kawałek dalej radar i wieżyczka straznicza.
Za radarem zaczyna się gliniasty klif ciągnacy się az na rosyjska stronę. Schodzimy na dół stromym zboczem, które ktoś mądrze zabezpieczył liną.
Na dole gliniaste skałki, pofałdowany brzeg, jakieś mini jaskinie.
Wracamy, bo slonce się już chyli ku zachodowi a przed nami jeszcze kilka kilometrow drogi. W zapadajacych ciemnosciach kroczymy sobie szosą. Mija nas autobus, a chwile pozniej z piskiem opon hamuje przy nas łada. Wychodzi z niej dwóch gości, jeden w moro, drugi w cywilu. Pokazuja jakieś pełne pieczątek legitymacje i chca zobaczyc nasze dokumenty. Rutynowe pytania, skad, dokad, gdzie tu mieszkamy i co robimy po zmroku pod rosyjską granicą. Wertują dlugo nasze paszporty wpatrując się wybałuszonymi oczami głównie w pieczątki. Jeden z nich robi wrazenie jakby po raz pierwszy w zyciu widział inna czcionke, niż ta ,do której przywykł na codzien. Dziwia się , ze tak często bywamy na Ukrainie. Pytaja gdzie byliśmy w tym roku na poprzednich wyjazdach. Już mam na koncu języka, ze w maju łazilismy przy białoruskiej granicy a we wrzesniu przy rumunskiej, ale mogloby to dziwnie zabrzmiecA koledzy mogą nie mieć poczucia humoru
Po dluzszej chwili oddaja paszporty i odjezdzaja. Nie mija jednak 5 minut jak znow nas doganiaja i proponuja podwiezienie do wsi. Mamy nieodparte wrazenie, ze nie kieruje nimi bezinteresowna chec pomocy strudzonym wędrowcom, a raczej potrzeba sprawdzenia czy my naprawdę spimy w Siedowie pod wskazanym adresem. Wbrew prosbom nie chca nas wysadzic w centrum wsi. Podwożą nas pod sama brame, odprowadzaja wzrokiem gdy wchodzimy do ogrodu. Nie odjezdzaja od razu, czekaja czy wejdziemy do domu.
Rano wyjezdzamy z Siedowa. Mijamy „bezimienne” zapadłe wioski,
rozlewska nad szarym morzem, bezkresne pola porośniete jakaś bordową rosliną. Po drodze przydrozne male cmentarzyki. Kazda mogiła otoczona zelaznym płotem.. Cóż..potrzeba prywatnosci i grodzenia siega nawet poza grób...
Autobus jakos wyjątkowo mało trzęsie. -pewnie, zeby uspic naszą czujnosc. Przed samym Mariupolem wpada w jakas wielka rozpadline, wyrzuca nas pod sufit, po czym spadamy na twarde siedzenia. Ojej, az mi cos chrupneło w krzyżu..
























Odpowiedz z cytatem