Dziś idziemy w Mariupolu w strone portu.



Betonowe mola są przewaznie ogrodzone, ale nikt się tym nie przejmuje. Miejscowi szybko nam wyjasniaja jak najsprawniej ominac zasieki.



Dużo ludzi łowi tu bez wędki na sama żyłke. Zwykle spotykalam wędkarzy, dla których łowienie było formą hobby, spedzania wolnego czasu. Tu, w Mariupolu, mam wrazenie , ze dla sporej ilosci rybaków, głównie kobiet, łowienie jest desperacka próba poszukiwania jedzenia. Nie ma tu krzesełka, piwka pod reka, torby z wałówa i czapeczki moro. Jest tylko smutny wzrok wbity w żyłke, tonaca gdzies w ciemnych odmetach brudnego morza.





A w tle zarys kombinatu zamyka horyzont. Niebo nad Azowstalą chyba nigdy nie jest pogodne.. Chyba zawsze wisi tam mgła, zbieraja się chmury- białe, kłębiaste, znikajace szybko i rude- pełzajace nisko przy ziemi, rozchodzące się powolnymi smugami na cała okolice.





Mam wrazenie , ze w Mariupolu wszyscy chrząkają, a przynajmniej , ze robia to czesciej niż gdzie indziej. Ja jakos nie chrząkam Momentami tylko zapach i charakterystyczne rozszczepianie się slonca w powietrzu przypomina mi bardzo dawne czasy.. Jak dziś widze letni, bezwietrzny, upalny dzien, 40 stopni i duchota namacalna. Mała buba wraca z babcią z przedszkola. Powietrze dziwnie drga, a odlegle przedmioty i kontury załamują się. Linie nie są proste, faluja tak jak obraz widziany nad ogniem. Babcia ciagnie mnie do domu, powołujac się na spuszczony właśnie z huty Bobrek rdzawy dym. Mnie ten zapach nie przeszkadza, nawet na swoj sposob go lubie.. Ku rozpaczy babci biegam po niekoszonych dawno osiedlowych trawnikach i zbieram dorodna koniczyne. W końcu dostaje w kuper i wędruje za łapke do domu. Ale mam ze soba mój koniczynowy bukiecik, który wciąż utrzymuje zapach. Ten zapach. Ten sam. Ten z molo w Mariupolu. Nie czułam go nigdzie już ponad 20 lat...

Dalej tuptamy sobie w stronę portu. Na teren nie udaje nam się wejsc ale i z zewnatrz można się nacieszyc widokiem dzwigów i maszyn. Kilkakrotnie wzrok krzyzuje się ze zdziwionym wzrokiem umundurowanych straznikow. Ale tym razem się nie boje, ze mi którys zabierze aparat! Mam zapasowy i dodatkowo zmieniam codziennie karte :)










Spotykamy dziś w Mariupolu pierwszego turyste. Ma plecaczek, kurtke moro i wielki aparat. Robi z zapałem zdjecia opuszczonego dzwigu i kombinatu. Mam nadzieje, ze może uda się nawiązac kontakt wzrokowy i cos zagadac, ale koleś jest tak wpatrzony w ekranik swojego aparatu, ze nawet nas nie zauwaza.

Wieczorem babka z hotelu włącza nam ciepla wode więc decydujemy się umyc łebki. Wytrząsamy z nich pyły Azowstali, rakuszecznik nadazowskich plaż (fikołki!), wilgotny tynk opuszczonych wieżowców, różnobarwne błoto oraz wszelakie inne potencjalne żyjątka z koców, materacy i poduszek, z którymi mielismy szanse się zaprzyjaźnić w ciągu minionego tygodnia

Poza tym jakiś zły los spotkał nasze lewe buty- mój i toperza. Rozumiem , ze na wyprawie dominuje zapach nieświeżego buta- to się zdarza i jest normalne. Ale nasze nabrały silnego aromatu wilgotnej piwnicy opuszczonego domu gdzie od lat w szafie leżą jej własciciele.. No może troche przesadzilam- zwykla zatęchła piwnica! Wplywa to również mocno na stan skarpetek, które decydujemy się wyprac- choc nie bardzo mamy je gdzie wysuszyc.. Trudno, będą dyndac na plecaku w elektriczce :)

A jutro do Doniecka!

CDN