W Gorłowce zwraca uwagę mily tabor autobusowy.
Horyzont zamykaja szpiczaste hałdy o żłobionych zboczach. Ruszamy w stronę jednej z nich.
Mijamy tereny wiejskie i jakby troche gorzyste, klimatyczne sklepy orurowane w charakterystyczny dla okolicy sposob.
Jakas babka dopytuje się co tak zawziecie fotografuje w okolicy. I znow, jak kiedys we Lwowie, sytuacje ratuje kot. Babka puchnie z dumy gdy mowie jej, ze uwielbiam ukrainskie koty, puszyste, kolorowe i gruboogoniaste! I ze u nas nigdzie nie ma tak pieknych futrzaków! Faktycznie kręcący się kolo obejscia kot robi ogromne wrazenie- wyjatkowo mądrze patrzące niebieske oczy, jaby lekko uśmiechnieta mordka, wyglada jak jakiś zaklety szaman.. Przypomina mi tez troche sowe- nie wiem dlaczego...
Dalej przez chaszcze, błotniste parowy i doline jakiegos strumyka docieramy do torowiska wiejskiego tramwaju. Miłe wagoniki turkotają między drewnianą zabudową, na torach brykają cieleta i dostojnie pasą się krowy, czochrając co chwile o słup. Gdzies z boku powiewa pranie, ktoś rabie drewno, dolatuje zapach domowego obiadu..
Na małej wąskiej uliczce, gdzie chyba samochód przejezdza raz dziennie odkrywamy przejscie dla pieszych- chyba domowej roboty..
Docieramy w koncu w tereny kopalniane. Szyb z kilkoma zębatkami i gwiazdą- która można zapalic tylko wtedy jak zostanie wykonana norma- jak uczyly „Kroniki Filmowe”Biegam wokół robiąc zdjecia buchających par...
W hoteliku babka z recepcji popija z jakims gosciem wódeczke. Speszona, ze ja nakryłam zaczyna się tłumaczyc „Bo tu teraz tak zimno”. Mając nadzieje, ze nas zaproszą do flaszeczki potakuję: „Oj tak, zimno, nawet bardzo zimno”. Za 5 min przychodzą do nas do pokoju i nam włączaja klimatyzacje, zeby ogrzała pokój... No to żesmy się dogadali...
Kolejny dzien jest pochmurny i zimny. Bardzo zimny. Ubieramy na siebie wszystkie cieple ubrania, nawet wełnianą czapke. Nie pomaga! Zimno! Odwiedzamy zatem bar dworcowy gdzie zjadamy po dwa pierozki, wypijamy herbate i po setce wódki. Pomaga!Bar wogole jest bardzo mily. Pod stolikami włóczy się piekny, puszysty kot, od czasu do czasu donosnym miauczeniem przypominając klientom o swojej obecnosci. Nie mają w barze pierozkow z kapusta, acz babka poleca isc do hali dworca, kupic od babuszek i przyniesc- to ona nam odgrzeje i poda na talerzu. I jak to się ma do zakazów spozywania wlasnego jedzenia w schroniskach??
Posileni suniemy ku widzianym z wiaduktu hałdom i na osiedle o wdziecznej nazwie „88 kwartał”.
Idziemy wzdłuz torów, ktorymi czasem przemknie jakiś kopalniany pociąg.
W cieniu wielkich hałd czają się maleńkie wiejskie domki, gdzie gdakaja kury a gospodarze na żużlowatej ziemi uprawiają ogródek.
Najwieksze wrażenie robi na nas jeden domek. Jest zamieszkały. Połozony prawie na terenie kopalni, pod osuwającym się czarnym zboczem.. No coz.. Ktos ma blisko do pracy... Razem ze swoim płotkiem, małym kominkiem na dachu i kwiatkami w oknach robi wrażenie jakiejś fatamorgany, doklejonego obrazka wycietego z gazety o innej tematyce...
W ogóle w okolicy dominuja na domkach kominy o ciekawych kształtach. Czy po prostu są samodzielnie lepione z gliny przez gospodarzy czy jest jakiś inny powód ich specyficznego kształtu?
Na osiedlu wystepuja sympatyczne supermarkety
W ogóle sklepy sklepami ale kwitnie przydrozny handel wszystkim- tu worki z kartoszką, tu ryba suszona, tu inne kabaczki, dynia czy cebula..
Występuja tez ciekawe rozwiązania architektoniczne- drabiny łączące balkony róznych pieter. Przeciwpozarowe? Mieszkania kilkupoziomowe? Ale na pewno dowcipy o kochanku ukrytym i uwięzionym na balkonie gdy mąż wraca z delegacji traca tu racje bytu.
![]()












Biegam wokół robiąc zdjecia buchających par...







Odpowiedz z cytatem