Ponieważ padła sugestia, żeby wypowiedzieli się klienci usług przewodnickich, to może ja coś dodam, chocaż ostatni razy korzystałem z tego typu spraw jako mały chłopiec (oczywiście wraz z rodzicami) w trakcie wycieczki na Śnieżkę i to tylko dlatego, że akurat był stan wojenny (albo zaraz po) i na Śnieżkę można się było dostać jedynie w grupach z przewodnikiem. Wychodziło się spod Śląskiego Domu, w grupach chyba dwudziestoosobowych, w pewnych nakazanych odstępach czasu, w atmosferze zagrożenia i niepewności, czy stojący co kawałek po drodze wopiści aby na pewno wpuszczą na szczyt.
Ale wracając do meritum - padło tu pytanie, czy usługi przewodnickie wogóle są potrzebne. No cóż, przecież są np. zwolennicy domowych wypieków, którzy za nic w świecie nie wejdą do cukierni, tak jak są ludzie, którzy wolą zgłębiać wiedzę w zaciszu domowych gabinetów i niepotrzebne są im żadne uniwersytety... .Co nie znaczy, że jeśli ktoś chce skorzystać z usług cukiernika, to trzeba mu tego zabronić.
Nie rozumiem więc za bardzo dlaczego np. Basia Z. i Machoney muszą się tu co chwilę tłumaczyć z wykonywanego zawodu/pasji. Przecież przekazując swoją wiedzę i prowadząc ludzi, którzy często są po raz pierwszy w górach, pewnie zarażają chociaż część z nich swoją pasją i górskim "bakcylem".
Ponieważ jednak według w/w projektu ustawy nic się za bardzo nie zmieni (jeśli chodzi o przewodników górskich) to całe te dywagacje, że zwiększy się konkurencja/obniżą ceny nie mają sensu. Ustawowo zniesiony ma być tylko wymóg wykształcenia, pozostałe egzaminy i kursy bez zmian.
Czy słusznym jest zatem, że przyszły przewodnik musi tak długo przygotowywać się i zdawać te wszystkie egzaminy? Oczywiście, że tak. Przecież argumenty typu, że rynek zweryfikuje i odcedzi złych "domorosłych" przewodników to mrzonki. Oczywiście, że w tym przypadku "niewidzalna ręka rynku" zweryfikuje, tylko w jaki sposób? Ktoś na wycieczce prowadzonej przez kogoś, kto wyczuł interes, był troche tańszy od przewodnika z blachą, więc zdecydowała się na niego grupka ludzi, musiał by pewnie zginąć, żeby owa weryfikacja dokonała się.
A wracając jeszcze do motywacji, dla której ludzie wybierają wycieczkę z przewodnikem - przecież nie musi być to koniecznie nieznajomość gór i strach przed nimi, ale także np. (a może przede wszystkim) chęć spędzenia swojego wolnego czasu w grupie, nie każdy wszak musi być koniecznie wielbicielem samotnego przemierzana szlaków; natomiast jeśli chodzi o młodzież, np. studencką, to na pewno często zdarza się, że np. dwie koleżanki zapisują się na wycieczkę, mając nadzieję, że poznają tam dwóch równie sympatycznych młodych chłopaków... .Nie każdy wszak lubi zapoznawać swoją drugą połówkę na dyskotece czy w wirtualnym świecie.
Jak widać na powyższych przykładach pożytki ze zbiorowego poznawania gór mogą być bardzo różne.
Tak na marginesie tej całej dyskusji, dzięki zalinkowanemu przez Basię odnośnikiowi, mogłem poczytać sobie ciekawą dyskusję n/t uprawnień przewodnickich w Polsce i poza jej granicami. Doszedłem jednak przy okazji do smutnego wniosku, że ludzie wodzący od lat wycieczki, np. w ukraińskie Karpaty, posiadający dużą wiedzę i przygotowanie, muszą odpierać argumenty osób, których poziom wiadomości jest marny, ale za to co chwilę wyskakują z nowym "atakiem" - myślę tu przede wszystkim o dyskusji z niejaką lucyną (ciekawe, czy to nie ta sama osoba, sądzac po poziomie wypowiedzi, która obecnie występuje pod nickiem dada).
Ponieważ jednak od tamtej dyskusji minęło już ze trzy - cztery lata, chcałem przy okazji dopytać się (jeśli ktoś coś wie na ten temat), czy w ukraińskim prawie zmieniło się coś i czy powstała tam jakaś instytucja "urzędowego przewodnika" po tamtejszych górach, a także jak to jest z polskim przewodnikiem, który ma tkz. uprawnienia na Beskidy Wschodnie - rozumiem, że to dotyczy tylko ich polskiej części, bo przecież de facto Beskidy Wschodnie kończą się na Bukowinie...


Odpowiedz z cytatem