Poranek zaczynamy oczywiscie od wizyty w naszej ulubionej knajpie „pielmiennaja”. Spotykamy tam Władymira z podczerkaskiej wioski Chudiaki.Opowiada, ze ostatnio przejechal ciężarowka cała Europe, z Hiszpanii na Ukraine. Był tez w Polsce. Pokazuje nam na karteczce adres zapoznanego kolegi spod Korzeniowa. Bardzo mi glupio, ale za nic nie wiem gdzie to jest.. Zaprasza nas zebysmy kiedys do niego wpadli, bo „żona w Pradze, córka w Kijowie więc można zapraszac gosci do woli”. Poleca nam tez zwiedzic Czyhyryn, jako ze tam dużo monastyrów ,muzeum Chmielnickiego i sporo zabytków zwiazanych z dawna Polska. Faktycznie patrząc na mape co druga miejscowosc kojarzy mi się tu z „Ogniem i mieczem”- Czerkasy, Czehryn, Złotonosza, Łubnie, Perejasław.. Warto by kiedys przeczytac ksiazke ponownie i wyruszyc w te strony śladami bohaterów
Niestety nasz nowy znajomy się gdzies bardzo spieszy więc nie udaje się nam dluzej wspolnie pobiesiadowac.
Na targu zakupujemy szalik dla toperza, czapke uszanke, agrafki , szachy na magnesiki, super cieple gumiaczko- walonki na zime i zapalniczki w ksztalcie pocisków. (w zakupie tych ostatnich pomaga nam piosenka zespołu Lube)

Zmierzamy dziś nad zbiornik Krzemieńczucki utworzony na Dnieprze. Na brzegu stoi osiedle wieżowców a zaraz pod ich oknami zaczyna się plaża. Ale tu musi być raj dla dzieciaków- taaaka wielka piaskownica!



Przy brzegu wysepki, półwyspy i mierzeje. Dużo ptactwa i wędkarzy, łodeczki i pontony. Tam gdzie akurat nie ma wysp widac bezmiar wody, której drugi brzeg skrywa szara mgła..







Odwiedzamy tez stadion piłkarski ale tu żadnych pamiątek nie sprzedaja. Są za to dziwne rzezby sportowców





Na bazarze babuszka chce mi dać kotka. Kiciak jest śliczny. Widac, ze wyrosnie na wielkiego kudłatego kota. Tłumacze babci, ze nie uda mi się go przewieźć przez granice. Poza tym, co potem? W domu trzymac? Troche żal.. W kociej naturze leży wolność.. Na osiedle wypuscic? U nas takie niekocie osiedle.. Nie ma ruin, garaży, komórek.. Okna od piwnic szczelnie zamkniete, trutki wyłozone. Śmietniki zamkniete, ludzie nie dokarmiają zwierzat.. Nawet jaskółkom gniazda zrzucają :( Chyba na Ukrainie kotek ma wieksza szanse na szczesliwe, wolne życie. I myszke tu złapie, i ktoś rybke z okna rzuci, po smietniku pobaraszkuje a może i jakaś ładna, puszysta kotke zapozna?
Babcia opowiada jeszcze jakas straszna historie o matce owego kociaka, która zostala rozszarpana przez psa..



Obok inne babcie tez trzymaja na rękach kocięta.



Kolejnego dnia w naszej knajpce znowu wpadamy na Wołodie. Przysiada się na troche dłuzej. Opowiada, ze w Chudiakach ma duzy dom, banie i mogly nas powozic motorówka po zalewie. Akurat tam są fajne miejsca, pelne, wysepek, mielizn i bagienek.
Nasz znajomy jest kierowca podmiejskiego autobusu. Wpada tu codziennie rano aby się posilic i rusza w trase. Proponuje nam, zebysmy jechali z nim autobusem na 3 godziny a potem wrocimy do Czerkas. Nie decydujemy się. Mamy już kupione bilety do Lwowa, jak się autobus rozkraczy gdzies po drodze to wrocimy do domu za tydzien.
Mamy jedynie troche watpliwosci co do zamiarow Wołodii względem nas. Wspomina, ze jego zona i córka zajmują sie turystyką. Było tez cos o polsko-ukrainskim biznesie majacym promowac okolice Czerkas dla zagranicznych wycieczek ;-)
Może wrocimy w te okolice za rok? Mamy bezterminowe zaproszenie do wsi Chudiaki.

Toperz jest troche przeziebiony więc wraca do komnat a ja ide połazic po miescie. Ide obejrzec sobie cerkiew. Udaje mi się zrobic troche zdjęc, również wewnatrz.







Przed cerkwia zagaduje mnie babuszka, pytając czy ja turystka. Cieszy się ogromnie ze spotkania , podkreslajac, ze one tez turystki- tu wskazuje na pozostale trzy kobiecinki siedzące na murku z wielkimi siatkami i torbami na kólkach. Cztery babuszki z Łucka wyruszyly dwa tygodnie temu w podróż- pielgrzymke. Jeżdzą po cerkwiach, monastyrach, soborach. Modlą się za siebie i innych, zapalają swieczki w roznych intencjach, zwiedzaja mijane miasta. Nocują na plebaniach, w domach pielgrzyma lub u innych babuszek zapoznanych w cerkwiach. Zwiedzily już Poczajów, Krechów i rózne ławry Kijowa. Polecam im Swiatogorsk- bardzo się napalają slysząc o pieknej cerkwi na skale, ale chyba jeszcze bardziej cieszy je wizja dwoch darmowych noclegów.
Wszystkie babcie deklarują się jako bardzo wierzące wyznania prawosławnego, ale rodzaj ich wiary jest diametralnie różny.
Jedna z nich opowiada, ze cale życie była niewierząca. Była walcząca komunistka, zajmowala wysokie stanowisko w łuckiej fabryce samochodów. Wierzyła w Lenina, radzieckie państwo, w plany i normy. Imponowalo jej, ze ślą rakiety w kosmos, mają silną armie i przemysł i „drży przed nimi caly świat”. Ale potem komunizm upadł- więc widać wcale nie był az taki mocny jak by się zdawalo.. Babcia zamyśla się ze smutkiem.. I opowiada dalej: „Najpierw był car- ubili go. Potem był Lenin- zdawał się być niesmiertelny, ale jego władza tez przeminęła. Był Stalin- trząsł połową świata, ale odszedł w niepamięć, przekleli go, zburzyli jego pomniki. Teraz tez zmieniaja się prezydenci, jest nowy ustroj. A patrz! Bóg wciąż ten sam! Przetrzymał i przechytrzyl ich wszystkich! Więc to Bóg jest najsilniejszy i z nim trzeba trzymac! Nie zniszczyly go wojenne zawieruchy, zmiany ustrojowe, przesladowania. Już ponad 2 tysiace lat patrzy dumnie z obrazu. I cala jego druzyna (hmmmm...anioły? święci?) go nie opuszcza, nie zdradzają go. Widac się boją! A boją się, bo to władca mądry i potężny”. Babuszka powołuje się na swoja matke, która od dziecka ją uczyla: „Pamietaj- masz dylemat z kim trzymac- trzymaj z najsilniejszym”.
Przerażajaca logika i zasady wiary....

Dwie babcie są mocno w klimatach dewocyjno-fanatycznych. Co chwile się żegnaja, wznoszą okrzyki „Hospody pomyłuj, przebacz, módl się za nami” i bija poklony na wszystkie strony świata. Nie zgadzają się aby zrobić im zdjęcie, bo „zdjęcie zabija dusze”

Najbardziej się zaprzyjazniam z babcia Iriną. Zreszta to ta, która mnie zagadała. Babcia Irina twierdzi, że Bóg Bogiem, cerkwie cerkwiami, ale ona najbardziej to lubi podróże i poznawanie nowych ludzi. Cale życie była prowadnicą, jezdzila na dalekie trasy, nawet za Moskwe. Teraz jej brakuje tego cyganskiego zycia, tych przestrzeni i „uciekających w dal alei drzew”. Ona jest glowna organizatorka wycieczki- trzyma mape, zaznaczając wszystko na niej czerwonym , wyschnietym markerem , który bardziej drapie niż pisze.

Babcie bardzo mi się dziwią, ze podrozuje tak sama i to bez bagazu. Tłumacze , ze „mużyk i bagaże w komnatach” ale jakos mi nie wierzą. Proponuja mi, żebym dalej jechała z nimi.

Na pożegnanie dostaję od babci Iriny podarek- małą drewnianą ikonę, jakby rozkładany ołtarzyk. Ma mnie pilnować podczas dalekich podrózy.





Ja daje jej porcelanowego aniołka, którego babcia przed schowaniem do torebki dokladnie owija w kraciasta chustke do nosa: „bo teraz tak zimno”.

Wracając na dworzec zakupuje kolejne numery awtolegend oraz polecaną przez Żenie spod Doniecka książke „Kak zakaliałas stal”. Już sama okładka ocieka propagandą więc pewnie jej się czytac nie da, ale kosztowała tylko 2 hrywny.

Wieczorem pakujemy się w pociąg do Lwowa. W plackarcie za towarzyszy mamy dziewczynę oświetloną sina łuną laptopa i studenta, który gada z toperzem po angielsku.

Zatulam się w przescieradlo i dwa kraciaste kocyki z plackarty.




Śni mi się kolejna wyprawa... Hmmmm.. chyba nawet bardziej udana od tej.. Troche podobna, troche inna..
Ale to dopiero w przyszlym roku...