Kierunek mieliśmy słuszny, ale najwyraźniej pojawiły się wypaczenia /a właściwie braki wypatrzenia owego kierunku/.
Krótko i na temat – tam po prostu trzeba się wdrapać.
Nic to, że stromo /bardzo/, nic to, że złośliwe płożące i sterczące rwały gatki i szmatki, nic to, że żywym ogniem potraktowane z wiosny zbocze czerniło nie tylko brwi niewieście, nic to, że oddech krótki, a jęzor coraz dłuższy; w głowie plumkały słowa pieśni: „A ty maszeruj, maszeruj głośno krzycz…” I jeszcze jedno podciągnięcie na osmalonym płomieniem drzewku, i jest! Wygodny, szeroki płaj biegnie sobie po grzbiecie i prowadzi wedle potrzeby: z lub do wioski, a panorama okoliczna do kontemplacji zachęca. Można było? Można, ale nie byłoby poprzedniego odcinka.
Łapki górne w kępach koniczyny wycieramy, coby pot z czoła ścierając, na pobratymca prezydenta Obamy nie wyjść i popłochu wśród tubylczej ludności nie siać.
Marzymy sobie na jawie, że może by tu kiedyś namiocik na wieczór i ogniseczko /w końcu okoliczne krzaki do ognia przyzwyczajone/… ruszamy przed się.
Miły chłód bukowo – jodłowego lasu, z tak rozkosznym dla nosa zapachem gnijących liści, dał ulgę skórze i głowie po badaniach terenowych podszczytowych polan. Niespiesznie, dzieląc ekipę na szperaczy i tabor, pokonujemy lekkie i długie nachylenie, aby po jakimś tam czasie wychynąć na biegnącą z innego kierunku szeroką drogę. Miejsce to jest zaiste widokowe; o ile ktoś posłuży się wyobraźnią, może wiele zobaczyć. Czekając na sapiące /z zachwytu/ tabory, rozglądamy się za grzybkiem, który z zawołaniem „Halu! Lucyno!” nie ma nic wspólnego, a każdą jajeczniczkę wzbogacić smakowo potrafi. Niestety, nie tu i nie teraz. Tabory doszły.
Rzut beretem bez antenki od tego popasu znajdowało się eleganckie, ujęte w betonowy krąg źródełko – poidełko, dla wygody, raczej ludzi, wyposażone w ascetyczny, z inżynierskiego punktu widzenia, nabierak. Nie skorzystaliśmy, przecież kubki smakowe zapamiętały i utrzymywały smak tego.
Podmokła polana, szczaw alpejski, kwiecie rozmaite, owadów brzęczenie, spiekota aury, która coś knuje i droga, która się waha, tzn. wahała się kiedyś i stwierdziła, że ma w sobie coś z drożdży – rozmnożę się przez podział! No ale – patyk ci w koleinę - wiadomo, że ty, idąca ostro w górę, nie zechcesz, chyba, gwałtownie skręcić w dół? Myślenie ma przyszłość, ale prowadzi do zmęczenia. Ta teza potwierdziła się również w naszym przypadku. Krótko i stromo pod górę po niewyschniętej po ostatnich opadach wąskiej ścieżce. Kilka wygibasów pod lub nad leżącymi pniami i wypływamy na jagodowego przestwór oceanu jałowcem i pokręconymi smrekami poprzetykanego. Ledwie widoczna w trawo- i ziołoroślach ścieżynka jak zwykle szuka towarzystwa i dochodzi do kilkupasmowej holicostrady, która tnie po grani z doliny aż po góry szczyt - zgrzyt. Nie jeden. Holicostrada, jak to górostrada – służy do szybkiego przemieszczania się i na poboczach zbiera skarby ludzkiej obecności – liczne skarby. To tak na szybko wytropione: konsumpcja produktów stałych i płynnych, całosezonowa konfekcja damska i męska, obuwie; zaskoczenie - wyraźnie zauważalny brak AGD.
Suniemy sobie niespiesznie holicostradą, wiedząc, że przed atakiem szczytowym należy energetycznie zalec. Po obadaniu ok. hektara powierzchni poniżej szczytu znajdujemy miejsce godne przyjęcia dolnych partii naszych pleców na czas bliżej nieokreślony. Z przepastnych trzewi walizek i toreb podróżnych wydobywane są łakocie wszelakie, pod różną postacią występujące, w ilości nieprzebranej /tak, tak – syndrom dnia pierwszego/ . Między kęsami i łykami słyszalne były głębokie westchnienia – ulgi, zachwytu? A może czegoś jeszcze…
Łykaliśmy zachłannie, również niezapomniane panoramy polskich Bieszczadów, Małej Holicy, pasma Pikuja i Ostrej.
Na korpusach zmieniały się słoiki i parametry, a w głowie zostawały najlepsze hdr-y.
Błogości, któż cię poznał?!
Przesyt wrażeń pokonał fizyczność – zwłoki nasyconych leżały na kurtkach i matach, trawiąc w głowie i gdzieś w okolicach wątroby.
Sen.


Odpowiedz z cytatem