No dobrze, ale…

Jak przystało na rasowych wyjadaczy turystycznych, w różnych bojach zaprawionych i logiką się na co dzień posługujących, krążyliśmy jako te ćmy, muchy, trutnie /wybrać ulubione/ między wozikiem a ławeczką; jakby nie można wcześniej owego majdanu na majdan lokalny wyrzucić, wybrać co zbędne mniej, a resztę do juków wrzucić.
Z tym, że wozik był już na podwórku dziadziowym dobrze deskami etc. zablokowany, a gustowna ławeczka /skrócony opis techniczny: deseczka oparta na czymś, przylegająca do opłotków/
na zewnątrz odwiedzanej posiadłości.

Powyższy opis ma udowodnić nie tylko dobre przygotowanie i organizację trupy, ale też zmyślność wywiadowczą tychże. Otóż pomiędzy kolejnymi kursami, które wzbogacały stertę o dajmy na to… krem z uv, a pobraniem z niej do odniesienia załóżmy… śpiwór, dało się zaobserwować, wcale nie po kryjomu i nie z użyciem papierowej torebki, wykonywane stare jak świat ćwiczenie gimnastyczne: ręka z przyrządem gimnastycznym ku górze, spokojne odchylenie do tyłu górnej części tułowia, a reszty możecie się domyślić.

W tzw. międzyczasie oko bacznie rejestrowało dzianie się w okolicy oraz nerwowo łypało na zegarek i w kierunku odległych garbów terenowych.

Okolica żyła – co rusz z góry, z boku, z bliska, a nawet z daleka, mali i mali mniej, pojedynczo i w gromadkach, w odświętnych ubraniach tubylcy podążali w kierunku centrum wsi, niosąc, a jakże, kolorowe naczynia i torby lub koszyczki. Ciekawość przemogła wrodzoną nieśmiałość i na kolejne pozdrowienie, wygłaszane przez wszystkich podążających, oprócz odpowiedzi, zarzucono delikatne pytanie połączone z zapuszczeniem żurawia w babcine sakiewki. Otóż naczynia czekały na napełnienie wodą święconą, a do cerkwi na tenże ceremoniał niesione były: czosnek, cebula i miód.

Gdy fala wiernych zniknęła za zakrętem, a zainteresowane dziwnymi osobnikami dzieci nakarmiono zdrowymi cukierkami, dokonano grupowego przeodziania się - typy skromniejsze czyniły to w korycie rzeki pod mostem, bardziej otwarci – połyskując bielą miejsc rzadziej odsłanianych; można było odnieść wrażenie, że wtedy słońce traciło nieco ze swej mocy – czyżby z wrażenia?

I jeszcze kilka łyków bursztynowego nektaru, bo przecież przyjemniej ekspediować go na górę w rurkach trawiennych niż w plecaku /choć w sumie tu i tu ulega niebezpiecznemu procesowi podgrzania i spienienia/.

Charakterystyczne stęknięcie. Podrzut to czy rwanie lubego ciężaru? W drogę bracia mili.
O nie tak szybko, najpierw baczna obserwacja dokładniejszej mapy, tym razem dobrze życzymy sponsorowi „pięćdziesiątki” Użańskiego Parku Narodowego, ustalenie punktów orientacyjnych, wreszcie radośnie rozpuszczamy nogi i niespiesznie pędzimy.