Wytrząsnąwszy z krótkich rękawów resztki dramatycznych zdarzeń, lustrujemy fotograficznie okolicę. Cudów nie ma, bo słońce ma nam coś za złe; może kolor skóry. Statyw zrobiony z nogi lewej i prawej, stabilnie wsparty na płaskim kamieniu, dokręcony lewym ramieniem realizuje zawistne myśli o bartolomeowych panoramach. Jeszcze rzut oka tu i tam, głośno wyrażona myśl, czy by nie zbiec w kierunku doliny inną trasą – bez pozytywnego odzewu współplemieńców - i w tył zwrot.
Po paru krokach znów zaskoczenie – tym razem ze strony ornitofauny. W trawach gramoli się ptaszę, wywołując gwałtowną reakcję pstykołowców. Bez niezbędnego kamuflażu, terenowego przygotowania i sprzętowego wypasu strzelają lustrem i matrycą bez umiaru.
A ptaszyna cóż – chuda, szara, poćwierkująca i nieskłonna do współpracy - zachowuje się jak młody płochacz halny.

Nasza Holica, jako góra nad wyraz litościwa, wybrała tylko część z wcześniej wymienionych dąsów. Gdy uznała, że jesteśmy już wystarczająco nisko i raczej nie wrócimy, wyjęła z zanadrza pożegnalne, ciepłe promyki światła i majtnęła nimi za uszami swych zdobywców.

I jeszcze po drodze przymiarka samotnie polegającego kożuszka pasterskiego, model w porządku, tylko rozmiar nie ten.

Nogi, rozpuszczone z góry tempem do tej pory niespotykanym, wybierały naturalnie najbardziej odpowiednie dla nich, wygodne i w miarę równe podłoże. Z autopsji: czynią tak zazwyczaj nogi kobiet. Mknęły więc one przed siebie, nie bacząc na cel i kierunek.
Ponieważ bieg holicostrady nie odpowiadał założeniom turystycznym tego dnia, w atmosferze zabrzmiał głos apelujący o rozsadek i opamiętanie, co skutkowało zapuszczeniem się w do tej pory niewidzianej wysokości borówczyska, w kierunku: „trawersikiem wprawoskos, ratuj się kto może”. Jeśli człowiek umie naśladować krok polującej czapli lub jeśli istnieje taka technika wushu, to badacze okolic Luty z lubością oddali się owym ćwiczeniom. Później nabyliśmy jeszcze sprawność krzaczersów.
Poddane w latach młodości przesadnym obciążeniom stawy skokowe i kolanowe jęczały teraz, prosząc o litość, a wśród gęstych i splątanych krzaków był ponoć słyszalny złośliwy rechot Bazyla.