W ferworze zdarzeń i obrazów nastąpił zanik myśli o tym. Całe szczęście, że na dnie kubeczków smakowych zachował się wzorzec tego.
Wyjściu z lasu towarzyszyło wstąpienie na ciąg łąk wypasowych rozłożonych na jednej, drugiej lub obydwu stronach potoku mającego coś do załatwienia w wiosce. Musi jakiś artysta z niego, gdyż nadzwyczaj widokowe miejsce spływu sobie obrał. Snucie się potoku zachęciło i nas do snucia się pojedynczo, parami, trójkami, stadem i znów pojedynczo, parami...
Trzymając się jego linii ideowej, długo przyglądaliśmy się oświetlonemu ciepłymi promieniami zachodu Drohobyckiemu Kamieniowi i prowadziliśmy rozmyślania o chłodnym, pienistym napoju, nachodziły nas fanaberie o jajecznicy na kurkach, itp., itd.
A tymczasem na zboczach o południowej wystawie dzieci pilnujące krów naginały gałęzie śliw, rwąc pachnące słońcem i wolnością owoce.

Zadania na teraz – zmyć sól z twarzy w wodzie potoku, usiąść na kłodzie ściągniętego gdzieś z wysoka buka, dać wiatrowi szansę wykazania się w suszeniu pleców i chłonąć.

Zapamiętać.