Nastrój spokojnej radości, wywołanej dopiero co spożytym sutym "obiadem", pozwolił sprawnie wesprzeć ręce i głowę w zapakowaniu plecaka na dalszą marszrutę. Zaprawdę, spakowanie tobołu na pięć dni lub na jeden z noclegiem to taka sama sztuka i wątpliwa przyjemność.
Badając możliwość doczepienia hipotetycznych jajek do pasków kompresyjnych, musimy, ze łzą w oku, zostawić oczyszczone już kurki, że o jajcach nie wspomnę.
Próba podniesienia plecaka skończyła się wyjęciem aż dwóch obiektywów, co, jak się nazajutrz okazało, nie było dobrym rozwiązaniem.

Motywacją do sprawniejszego poczynania sobie z niezbędnymi rupieciami stała się pora dnia, wyraźnie szarością kształtów i chłodem od rzeki idącym, zaznaczona. Założenie było proste: idziemy gdzieś tam, ile się da. Przyszliśmy z zachodu, a wybieramy się na wschód.
Upatrzone z Holicy podejście jakoś nijak nie chciało pokazać swego początku.
Trochę oderwany od rzeczywistości nowy most z niewykończonymi przyczółkami, do którego dochodziła ufajdana łajnem błotnista droga, stał się punktem odniesienia. Zawadzał tylko jeden drobiazg – most nie był wcześniej dostrzeżony z pagórka, na którym zatknęliśmy już dziś swoje proporce.

Nos nakazuje skręcić w jedną z wielu dróżek uchodzących między domy, ku górze. Ok.
W pewnej odległości od ostatniej sadyby miły dla oka widok – pasące się konie, najwyraźniej pozostawiane tu na noc. Po drugiej stronie utwardzonej w tym miejscu drogi jakieś resztki betonowych filarów niedokończonej budowli.

I tu czas, mimo braku czasu, na ścieżkowe dylematy: ta w lewo zmierza w jakiś jar i las, ta w prawo – na łąki i jakby w kierunku przez nas niepożądanym; w stronę mocno oczekiwaną biegnie tylko marzenie o ścieżce.
Ponieważ plecaki bardziej od szerpów podatne były na przyciąganie ziemskie, ci pozwolili im na chwilowe zjednoczenie z glebą.
W oczekiwaniu na tabory nastąpiło właściwe szperaczom obadanie terenu metodą nogooptyczną. Najlepiej wg wysuniętej czujki wyglądał kierunek zgodny z pochyłością wykoszonej niedawno łączki, problem tkwił tylko w fakcie, że ciągle znajdowaliśmy się w dolnej części owej pochyłości. Czujka, oczekując na aplauz, po zaprezentowaniu marszruty srodze się zawiodła na Horum audytorium. Udawana ufność w czucie czujki dość szybko wyszła na jaw. Tabory zjednoczyły się i zamiast ciągnąć za czujką prosto jak po sznurku, odbiły w bok, aby zasięgnąć języka u świeżo dostrzeżonych rolniczych dusz zbierających się z pól do domostw w dolinie.
Brak wiary w nieomylność został ukarany – jedynie słuszna droga biegła w kierunku wcześniej wskazanym. Wymijając się ze schodzącymi z wyżerki stadkami czworonożnych mleczarni, pomni polańskich doświadczeń, bacznie sprawdzaliśmy, czy to aby na pewno one, a nie oni.

Po zjednoczeniu oddziału zwiadowczego z taborami i podciągnięciu się nieco ku górze, nastał czas rozbicia obozu, a miejsce było zaiste zaje…