I nastał Hory dzień.
Dzień to może zbyt wiele powiedziane, bo o 4.30 to jeszcze całkiem jasno nie jest, aliści chęć przyjrzenia się światu o tak dziwnej porze chyba w każdym tkwi.
O ile chęć uczyniła pobudkę, o tyle jej bliźniacze tworzywo – ciało miało inny pogląd na oczekiwane estetyczne i fotograficzne doznania.
Ostatecznie do zarżenia z udawanej rozkoszy nakłoniła je /tzn ciało/ dawka porannej rosy skrytobójczo spływająca z tropiku za kołnierz t-shirta, a potem gdzie bądź, gdy wychyliło lękliwie wiodącą część w celu zbadania sytuacji zewnętrznej.
Już przez powłoki namiotu dawał się dostrzec charakterystyczny blask Łysego, raźnie przemieszczającego się znad jednej góry nad drugą. Kształty tychże, ostro cięte, dominowały nad mglistą doliną bez światła. Opar dusił sny mieszkańców i nie pozwalał im wydobyć się z kotłującego się dolinnego otumanienia.
Trawa, wieczorem jeszcze zielona, teraz zdawała się bielić od obfitej rosy, której temperatura dawała do myślenia stopom niechlujnie obutym i ciągnącym nieszczęsne sznurowadła, chyba tylko w ramach udawanej kosmetyki.
Nerwowym, zajęczym krokom /skokom/ dwóch ludzi z aparatami towarzyszyło życzliwe pochrapywanie pozostałych mieszkańców namiotowego obozowiska.
Gdy ciemność wzbogaciła się o różowości, czerwienie i fiolety, a z wioskowej mgły wyłaniać się zaczęła, i skromnie chować, wieża cerkwi, menażki i butle zaczęły zmieniać swe z instrukcji wyprowadzone funkcje i stały się statywami, głowicami, jednym słowem – prawie stabilnymi, a na pewno nowatorskimi, wspornikami.
A można było zamiast karimat, śpiworów i całego tego zbędnego tałatajstwa wyposażyć się godnie i działać wygodnie, prowizorki uniknąwszy…
Jak się okazało, w sumie przez przypadek, wybraliśmy miejsce noclegowe z dużą ilością gwiazdek, jego urok, w całej okazałości, można było dostrzec właśnie dopiero o tak wczesnej porze. Rozległe łąki zbiegające trawersami ku dolinie, poprzecinane śródpolnymi zadrzewieniami; otoczka światła, kształtu, czasu i czegoś nieuchwytnego. Czy tylko ja tak mam, że nie wiem jak to opisać?
Ach! Cóż to był za poranek!
Czas posiłku - squaw udawały, że przygotowują smaczne kanapki, a wodzowie udawali, że im one smakują. Westalek /a może lepiej Westalski/ dobył płomień z butli, wodę na używki gotując; obozowisko ożywało, ziewając i ciesząc się niezgorszą aurą poranka.


Odpowiedz z cytatem