Teatr skrzyżowań zaprasza, konkurs na najszybszy start. W obsadzie studenci architektury, z wielgachnymi teczkami na rysunki, studentki chemii modne, bardzo modne, i ja. Tło: martwa zebra rozjechana przez walec, semafory, oraz mgła z parujących ust, i rur wydechowych warczących samochodów, które oświetlają scenę. W tłumie Babuleńka, w welurowym płaszczu i starych kozakach. Choć już zaplątana w wątek, to ewidentnie jest tu przez przypadek i nie pasuje do reszty. Nie żuje gumy, nie spogląda ukradkiem, nie ucieka wzrokiem, nie wierci się w miejscu. Stoi, …i czeka, do tego ten garb, wielki jak świat. Mogłaby przylecieć z innej bajki latającym dywanem, albo na smoku, a i tak nikt, nie zwróciłby na nią uwagi. Na marginesie, niewidzialną, trzęsącą się ręką, dopisała starannie swój rozdział, sympatycznym piórem! Nie, jakimś tam żelowym długopisem z kulką. Być może narratorka historii sprzed epoki, kiedy to Pan Bóg nie miał jeszcze brody, a plecy miała gładkie jak świeżo krochmalona pościel, i pachniały mydłem.
Ona niewidzialna. My, napięte podniesione barki, zagryzione wargi, oddechy wstrzymane, ni pary z ust, nosem, parsknięcia i grzebanie kopyt, zawieszeni w pół kroku, oto zaraz, bomba w górę! Kto wie ten wie, ruszy zanim zmieni się światło. Nie zdradzi się gestem, niby nie ciekawy, patrzy w bok na szyby samochodów, w nich odbijają się semafory, trzy pasy, trzy czerwone i można iść, aż półtora sekundy zapasu! Całe dwa kroki do przodu, mogą mieć znaczenie, jeśli akurat jesteś na krawędzi… krawężnika. Każdy krok się liczy. Zniknęli za rogiem.
Babuleńka mrówczym truchtem, głowa starością przygnieciona do ziemi, usiłuje zdążyć przed ponowną zmianą. Czerwone dopadło ją w połowie przejścia. Samochody zaczynają warczeć. Pierwsze trąbienie z tyłu, znak, że minęła tak zwana sekunda nowojorska, najkrótsza znana kierowcom jednostka czasu.
Przyznam się, że miałem tremę, pierwszy raz w życiu przeprowadzałem staruszkę. To coś, jak posadzenie drzewa albo spłodzenie syna, rad, więc byłem, że mogę kolejny etap zaliczyć. Nie żebym marudził, bo to drugie bywa wielce przyjemne. Jednak, jakoś mi się do dzieci nie spieszy, mięty do wicia gniazd nie czuję. Gdyby zaplątane w pajęcze tabu słowa, wyrwały się kiedyś i zechciały sfrunąć na kartki, nie omieszkam temat rozwinąć. Póki, co, prawie sza. Samym słowem muskałbym tylko powierzchnię, a ja chciałbym wejść w to głębiej, wpaść po uszy. Tak żeby wystawał jedynie czubek głowy, a Ty możesz sobie po nim przejść, odbijając się lekko, przeskoczyć na drugi brzeg… i pójść dalej, albo złapać mnie za czuprynę i wyciągnąć. Z tym, że będzie się wtedy ubabranym tak samo jak ja. Ale będzie nas dwoje. Nikt nie będzie sam schnąć na trawie. Zapytasz - A nie mogę po prostu przeskoczyć na drugi brzeg i wtedy wyciągnąć za kłak? – A ja, boję się, że znowu wbiję się w dno, wwiercę w muł, zahibernuję. Wtedy nie będzie już innego sposobu, tak czy siak trzeba pobrudzić sobie ręce. Tak, to chyba tam nauczyłem się gadać z rybami, w tym szlamie. Złośliwi twierdzą, że to nic trudnego, wystarczy ruszać ustami i nie wydawać dźwięków. Ja Ci powiem coś Gagatku, z tym głosem to prawda, że go nie mają, tyle, że tylko dla tych, co nie chcą ich słuchać.

*
Jesienna ryba to była. Karp. Gchllluup. Zassało mnie do wielkiego brzucha. Siedziałem w mule na początku millenium. Tak, to był ten sam „fatalnie zamulony staw w parku zdrojowym” z mostkiem, takim „bajkowym, rusałkowym…łagodnie wchodząco-schodzącym, spiętym balustradami, na których opierając się kuracjusze, w letnim sezonie karmili tłuste karpie, białe łabędzie i japońskie kaczki.” Ten sam staw, ale gdzie indziej. To nie był Ciechocinek tylko Wola Michowa. Chociaż Mieciu często mówił, że to dom uciech jest, ten domek jak przecinek, ciechodomek, ciecho-cinek. ŻyliśMy, Zubow już nie żył.. Zniknęły złote dłuta i walizka pełna śniegu. Był za to muł, nie z tej epoki, z początku millenium. Był ten staw, namalowany na ścianie. I były kosmiczne ilości grzybów. Wszystko zaczynało się lunarnie. Odklejaliśmy się z Mieciem całymi dniami i nocami, wielbiąc Drogę jak bóstwo jakieś srebrno-niebieskie. Pielgrzymki nocne Od Feszowa do Matragony, od Maniowa do Małej Woli, od Szeligi do Kaczmarków, i tak nieustająco, przez 3 lata, 3 miesiące i 3 dni. Każdy miał swój czas, mógł go sobie wyginać, tak jak klaun wygina baloniki i tworzy z nich różne dziwne i mniej dziwne zwierzęta. Ten księżycowy tylko mieliśmy wspólny. Od pełni do pełni. Dalej mam swój, teraz odmierzam cmoknięcia zegara pomiędzy jednym goleniem a drugim, to jakieś 8 dni. Nie lubię się golić. Tak jest w sam raz, czasem mówię, że jadę gdzieś na jedno golenie, lub dłużej.
Żaden z nas nie miał telefonu, listów też się nie pisało. To było tylko 55 kilometrów, 55 tysięcy metrów. Dwa dni drogi piechotą, Zanim dotarłby listonosz, my prędzej dojechalibyśmy autostopem, do Woli. Grzybów też było do woli. Ile się da, ile się nazbiera, ile się zje, potem nie miało to już żadnego znaczenia. Chłeptaliśmy „radosną śmierć mózgu” ze sklepu w połowie drogi i jedliśmy grzyby. Zubow też pił, tę smutną, na kościach i jadł kaszę.. Potem biegaliśmy na golasa po trawie i śpiewali harcerskie piosenki. Mieciu, Lewy, Ja, i Zubow, już nie żył, ale pił, a My piliśmy z nim.
Byłem tam ostatniej jesieni. Ruina. Na krótko, nie zdążyłem się nawet ogolić. Ale staw pozostał, zrobiłem zdjęcie. Wtedy, na początku millenium, chyba wszystko się zaczęło, całe te moje Bieszczady. Ten Nałóg. To wpadanie po uszy. Pomyślą, że nażarł się grzybów, a teraz sennie bełkocze na modłę łowców nadziei, gdzieś pod sklepem w Smolniku, albo w Cisnej na schodkach przed Siekierezadą. Mecyje, wielkie mi halo.

*
„To, że był wypranym z nałogów jaroszem, ujmowało mu nieco atrakcyjności, ale budziło szacunek – jak każde inne kalectwo”
K. Wiktorowicz – Opowieści Bieszczadzkie

Paradoks chrapania polega na tym, że jednocześnie łączy i dzieli. (Coś jak „paradoks biegunki– jest wtedy rzadko i często”) Najpierw dzieli. Na tych, którzy chrapią i im to chrapanie nie przeszkadza, bo i jak ma przeszkadzać? Przecież wtedy śpią! Albo tych, którym chrapanie nie przeszkadza, i zasypiają lekko, utuleni gardłową kołyską, przypominającą szum fal lub uderzanie o blachę.
Są też tacy, którzy nie chrapią, i każde, nawet najcichsze chrząknięcie wybudza ich z głębokiego snu, potem zakrzywia czas i trwa całe wieki. Nocą z najłagodniejszego stworzenia na świecie, zmieniają się w morderczą bestię, uzbrojoną w łokcie, kapcie i co tylko jest pod ręką. Rano zwykle w takich przypadkach budzą się z podkrążonymi oczami. Następnie chrapanie łączy zwolenników i przeciwników w podobozy, jakościowo i ilościowo, mogące wpływać na organizowanie kwaterunku i pomniejszej logistyki. Jak każdy porządny proces, trwa to w nieskończoność, tych ostatnich możemy podzielić na ortodoksyjnych i nie ortodoksyjnych. Bywa, że i jednych i drugich strach przed nieprzespaną nocą motywuje do zagrywek politycznych, a te jak wiemy w naszym kraju są bardzo ad persona.
Podobnie jest z jedzeniem i nie jedzeniem mięsa. Ryba, to też mięso. Tuńczyk to ryba. Taki Karp na przykład, zanim stał się obiadem miał przecież dom, rodzinę, samochód, kredyt hipoteczny i plany na przyszłość, Tym samym, na pewno nie widział się pływającego w Twoim talerzu. Wierzcie mi lub nie, rozmawiałem kiedyś z jednym i wiem, co o tym myślał, ale mogę być ortodoksem. Zdarzają się we mnie skrajności. Zwłaszcza, kiedy w moje, ograniczone, ale moje - pojęcie estetyki, wkrada się lepkie błocko. Tak było tym razem. Uniesiony dumą superbohater, ratujący staruszki przed watahą głodnych wilków, szybowałem nad chodnikiem w kierunku następnego skrzyżowania,
- Halo! Hop! Hop! Są tu jeszcze jakieś staruszki?!
Raptem, skrzydła podniecone podciął widok w witrynie wegeteriańskiej knajpki, w której były stałym bywalcem. Makaron z tuńczykiem - 8 zł, porcja bez sałatek. Szok! Nie było by w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że lot miałem swobodny i lekki, niczym niezmącony i nie w smak mi było awaryjne lądowanie w jakimś przyziemnym grajdołku.
Szyld nad drzwiami głosi WEGE-BAR. I tu nieortodoksyjne podejście poległo, na korzyść jak się później okazało. W trosce o gusta, siłą rozpędu jeszcze, postanowiłem podjąć dialog z obsługą, taka mała, semantyczna wojna podjazdowa. Połowa miała to gdzieś, bo je mięso, druga natomiast, krokiem obronnym z przytupem zagroziła zwolnieniem się z pracy, wyrażając tym samym stanowcze weto umieszczaniu trupów na wystawie. Tak stanowczo, że Tuńczyk nie spływał z menu jeszcze przez kilka dni. Zahaczył się niechcący pomiędzy naleśnikami ze szpinakiem, a makaronem z podgrzybkami, okopał w żaroodpornym naczyniu, nieczuły na rosnącą temperaturę w relacjach Obsługa – Szef. Postanowione, bardziej zaskoczony siłą strachu, który sparaliżował menu, niż jakąś wewnętrzną walką ideową, postanowiłem grzecznie zasugerować, że przecież zawsze można zdjąć denata z witryny i schować w bardziej cywilizowanym miejscu. Ot, pogrzeb mało honorowy, ale skuteczny. Opcja wypaliła, co bolesne zainspirowana groźbą negatywnych opinii w Internecie, a nie zdaniem ludzi pracujących tam od ładnych kilku lat. Od tej pory, otrzymywałem zazwyczaj, naciąganą do granic talerza porcję. Ileż wysiłku kosztowało mnie później zorientowanie się w grafiku nie mięsnej części personelu. Nie z łakomstwa, trochę dla uśmiechu, który pojawiał się ilekroć wstępowałem na obiad. Opłacało się. Uśmiech zawsze się opłaca.