[Dzień kolejny]

Kolejnego dnia, a był to pierwszy maja, od rana wstało piękne słońce i zrobiło się ciepło.
Widoki były przepiękne, masy śniegu wisiały na wszystkich zboczach ponad schroniskiem, a z dołu wciąż dochodzili nowi turyści.

W sytuacji jaka była nie sposób było wyjść gdziekolwiek w góry, dyżurny GOPR-owiec zawiesił "czwórkę" na tablicy ze stopniem lawinowym.
Około 10 na Przednim Stawie lądował helikopter. Lód był jeszcze taki mocny że lądować mógł bezposrednio na tafli stawu. Zabrano do szpitala rannego we wczorajszym wypadku oraz kilku GOPR-owców do bazy w Zakopanem.
Pierwszy raz miałam okazję widzieć helikopter z tak bliska (potem jeszcze kilkakrotnie), czapkę zerwało mi z głowy i poturlało po stawie.

Potem z czerwoną kurtką nad głową urządziliśmy pochód pierwszomajowy chodząc wokół stawu i śpiewając różne zaangażowane pieśni - od Międzynarodówki, poprzez piosenkę o Hucie Katowice aż do Pierwszej Brygady.
Wznosiliśmy równie okrzyki dość antykomunistyczne.

Potem coś zjedliśmy, dwóch kolegów z naszej grupy znalazło w schronisku partnerów do brydża, reszta się nudziła.

Postanowiliśmy wyjść ze schroniska tylko trochę ponad Świstową Czubę, aby w spokoju poopalać się na słońcu bez tłumu turystów, bo ten "długoweekendowy" tłum zaczynał nas już denerwować.
Podeszliśmy może pół godzinki bezpieczną grzędą pod górę, wygodnie się rozsiedli na zboczu w pobliżu dużego kamienia, wyjęli z plecaków różne dobre maszkety, znalazła się też jakaś nalewka, kilka termosów z kawą i herbatą, kilkanaście kartkowych czekolad.
W tamtym okresie było tak, że na co dzień jadło się w zasadzie byle co, natomiast wszelkie najlepsze "zdobyte" słodkości i różne smaczne rzeczy zabierało się zawsze na wycieczki w góry. Nigdzie nie jadłam tak dobrego jedzenia jak w górach w czasach najcięższego kryzysu.

Siedzieliśmy sobie na słonku, gadali, opowiadali kawały, podjadali czekolady, popijali kawę i nalewkę, co jakiś czas jak się komuś chciało siusiać to chodził za duży kamień położony jakieś 10 m od naszego miejsca odpoczynku.

Trochę tylko nas coś intrygowało.
Na Przednim Stawie, jakieś 30 m od jego brzegu, widać było wydeptane kółko. Co jakiś czas wychodził ktoś ze schroniska, czasem była to jedna, czasem dwie, czasem trzy osoby, stawali w tym kółku i jakiś czas stali. Nie wiadomo po co. Zastanawialiśmy się na co to kółko i co te osoby tam robią.
Chciało się nam już wracać do schroniska, bo już się nam trochę nudziło, ale tuż koło nas wprost do schroniska zaczynała się szeroka rynna - wymarzone miejsce na dupuzjazd.

Dopóki słońce świeciło na rynnę - była ona niebezpieczna, bo śnieg był miękki i mógł polecieć, czekalismy aż słońce schowa się za grań, wtedy śnieg niemal błyskawicznie twardniał (był taki w zacienionych miejscach) i dało się bezpiecznie i szybko zjechać na d... do schroniska.

W końcu po kilku godzinach doczekaliśmy się - i z wielką radością zjechali.

Czekali już na nas koledzy, ci od brydża.

- "Co tak długo tam robiliście ?"
- "Ano opalaliśmy się i czekali aż śnieg stwardnieje aby sobie zjechać"
- "Bo tu w schronisku afera, my sobie spokojnie gramy, licytujemy, a tu obok przy stoliku takie uwagi:
"Ono sobie spokojnie grają w brydża,a tam ich koledzy w śmiertelnym niebezpieczeństwie, nie umieją zejść"

Co raz to ktoś chodził na staw aby was obserwować. W końcu wychodzę i ja na staw patrzę przez lornetkę i widzę że coś jecie, Basia się śmieje.
Ktoś idzie za kamień a wtedy słyszę uwagi "o popatrz nie umie zejść, próbuje, cofa się".
Chcieli abyśmy zawiadomili GOPR, aby was sprowadził ale myśmy nie widzieli nic niebezpiecznego w tym co robicie".

To był niestety ostatni pełny dzień pobytu w Pięciu Stawach.