Ciąg dalszy:

Kolejnego dnia, a był to 30 kwietnia, pogoda trochę się poprawiła - było mroźno, śnieg już nieco zleżały, lekka mgiełka. Do naszej grupy dojechało z samego rana kilka kolejnych osób (trasa do schroniska była już przetarta, więc szli w nocy) tak więc po śniadaniu, około 8 rano wyszliśmy na dłuższą wycieczkę.
Szedł "tramwaj" około 15-osobowy (w tym dwie kobiety). Na czele Belfegor, na końcu inny doświadczony kolega.

Doświadczenie uczestników było różne - od takich co byli już w Alpach i przeszli nie jedną zimową trasę tatrzańską, po kilku takich, którzy dopiero pierwszy raz wybrali się na wędrówkę po Tatrach zimą.

Celem wycieczki był Szpiglasowy Wierch przez Liptowskie Mury - zaczęliśmy od Czarnej Ławki, przez Kostury (poprzedniego roku w nieco innej grupie przeszliśmy tą samą trasę przy pięknej pogodzie i małej ilości śniegu od Gładkiej Przełęczy).

W niewielkim kominku wyprowadzającym od liptowskiej strony na grań trzeba było wszystkich kolejno przeasekurować więc trwało to i trwało zanim przeszło wszystkich 15 osób.
Po zejściu ze Szpiglasowego, na Szpiglasowej Przełęczy stanęliśmy w końcu około 16 i zaraz trzeba było schodzić aby jeszcze przed zmrokiem pojawić się w schronisku. Tymczasem szczyty w tym i Szpiglasową Przełęcz ogarnęła mgła.

Wbiliśmy w śnieg trzy czekany, stanął na nich najcięższy kolega , rzucili w zamgloną przestrzeń dwie związane liny na całą ich długość i wszyscy kolejno wchodzili w klucz francuski aby zjechać w niewiadome.

Ostatni schodził Belfegor, nie korzystając już z liny.
Tymczasem kolega, który zjechał pierwszy nie mogąc się widocznie doczekać reszty grupy skręcił w prawo i udał się w kierunku widocznego już z oddali schroniska trawersem wprost pod najbardziej lawiniastymi żlebami Miedzianego przecinając je wszystkie mnie więcej w 1/3 wysokości. Za nim pospieszyła reszta grupy.
Zjechałam na dół mniej więcej dziesiąta i zobaczywszy w która stronę poszedł starałam się go dogonić krzycząc "schodź na staw, na staw".
Był jednak przede mną dobrych 500 m i chyba nie słyszał.

Biegnąc za pierwszymi w grupie zobaczyłam na Wielkim Stawie dziwną grupę - cztery osoby ciągnęły pomiędzy sobą podłużny przedmiot długości człowieka, dookoła biegał pies.
Widzieli to wszyscy i chyba się zaniepokoili, w końcu przystanęli.

Wtedy udało mi się wreszcie dogonić czołówkę grupy, zawołałam "na staw" i nareszcie wszyscy kolejno usiedli na d..ach i zjechali na staw oddalając się co prędzej od zboczy Miedzianego.

W schronisku niestety okazało się że tego dnia czterej taternicy z Torunia udali się na wspinaczkę na Kozi Wierch i zjechali prawie spod szczytu z lawiną. Jedna osoba nie odniosła większego szwanku, była tylko lekko ranna, jedna poważnie ranna (otwarte złamanie nogi) dwóch taterników niestety zginęło.

To co widzieliśmy z góry to był transport wykopanych z lawiny zwłok do schroniska.
Kiedy dotarliśmy wreszcie do schroniska ciężko ranny został już odtransportowany przez kolejną grupę GOPR-owców na dół (niestety nie było możliwości transportu helikopterem w panujących warunkach), lżej ranna osoba pozostała w schronisku i czekała na transport kolejnego dnia, natomiast GOPR-owcy oraz część personelu wybierali się po zwłoki ostatniej osoby, które pozostały pod ścianami Koziego Wierchu.

Naszą grupę najpierw od góry do dołu opierniczono (zrobił to w żołnierskich słowach Hierzyk), bo GOPR-owcy widzieli ze stawu, którędy szliśmy i mieli poważne obawy czy nie będą musieli zaraz udzielać pomocy kolejnym osobom. Zaraz potem poproszono nas o pomoc w transporcie.
Poszli wszyscy panowie, zostałam tylko ja z koleżanką. Wychodzącą grupę żegnał Hierzyk wołając "Belfegor tylko nie upier.ol GOPR-u".

Postanowiłyśmy z koleżanką zrobić coś do zjedzenia dla naszych kolegów, będących na nogach od godziny 7 rano, tylko po śniadaniu.
Na pierwszy ogień zrobiłyśmy barszczyk, potem tradycyjną pulpę.

Ekipa powróciła po niespełna trzech godzinach zmordowana do imentu.
Kolega Tomaszek, który w życiu nie tknął buraczków ani barszczu na naszych oczach zjadł barszczyk i jeszcze pochwalił.

Podobno podchodząc pod ściany Koziego cały czas słyszeli "tąpnięcia" śniegu i mieli poważne obawy czy to wszystko nie zwali się na nich, jednak szli za GOPR-owcami.

Po powrocie wyciągnięto z plecaków butelki "kartkowej", okazja była smutna, ale no po prostu trzeba się było napić.

Tego dnia spać poszliśmy dobrze po północy. Miejsc w schronisku było coraz mniej, na fragment podłogi 2 x2 m przed szafą przybyły dwie kolejne osoby, wobec czego z Belfegorem przenieśliśmy się do szafy.
W nocy zajęte były całe schody, a ktoś spał również w ubikacji przed kabinami.

[ciąg dalszy nastąpi]