Nabywszy się przyrodniczo i estetycznie poderwaliśmy plecaki i hajda wzdłuż potoku śladem starej drogi ku źródłu /przynajmniej tak nam się wydawało/.
Planowo mieliśmy tu wrócić na światło zachodzącego słońca, a rano na światło wschodzącego słońca. Rzadko realizujemy plany.
Że idziemy drogą ku cywilizacji, łatwo można było wnosić po naturalnych naroślach:
PR22.jpg
Pierwsze, leżące w poprzek drogi pnie, stanowiły niezłą frajdę przy przeczołgiwaniu się górą lub dołem. Gdy połączyły siły z rozmiękłym śniegiem, maskującym różnokształtne kamienie, gimnastyka artystyczna się skończyła. Trzeba nam było uciekać ostro ku górze. Uciekać – tak, to wieloznaczne słowo.
Śnieżyce wyjaśniały pochodzenie swej nazwy,
PR26.JPG
dzień chylił się ku końcowi, a nadzieja o dojściu na przełęcz umierała ostatnia.
PR25.jpg
Stok po drugiej stronie potoku nie pozostawiał złudzeń na szybkie wyjście z opresji.
Decyzja o próbie wdrapania się po zboczu bezpośrednio na grzbiet była dobra. Po wychłostaniu skóry przez młode i nieubrane buki, zanurzyliśmy z radością nogi w wysokiej borowinie i zeszłorocznej trawie.
Potem jeszcze gonitwa za słońcem, które było za szybkie i decyzja, że rozłożony namiot trzeba złożyć, bo dalej jest lepiej.
A i jeszcze niedokończona próba spalenia połoniny. Jeden ludź to nawet spał pod gołym…, ha!
Fifto w ciszy, z całym niebem nad głową i wsiami w dolinach…
Jakieś marzenia o fotografii nocnej i wschodzie słońca, bo może to, co zamajaczyło w ostatnim świetle,…
Wreszcie: „Ach, śpij bo właśnie, księżyc ziewa i za chwilę zgaśnie”.


Odpowiedz z cytatem