Pozdrowienia dla wodnych rowerowników
Pozdrowienia dla wodnych rowerowników
Chyba spodobało wam się wypychanie rowerów pod górę. W tamtym roku Równa, teraz Świdowiec.
Nie, bardzo nam się nie podoba wpychanie rowerów pod górę. To jest jednak cena za tę całą przyjemniejszą część.
Jak wiadomo, każde przedsięwzięcie składa się z plusów dodatnich i plusów ujemnych (cyt. za pewnym prezydentem). Podróżowanie rowerem na trasach do kilkuset kilometrów to największa wolność. Wyjeżdżam z domu i jadę. Nie potrzebuję szczególnie dobrej drogi, przez rzekę może być byle jaki most albo może go nie być wcale. Nie martwię się, gdzie zostawić samochód albo, że muszę wydać 2 złote dziennie na parking. Przy dobrej drodze mam zasięg dzienny do 200 km, więc rejony mniej ciekawe lub te, które znam, mogę szybko przeskoczyć. Jadąc w terenie ciekawym mam niemal taki kontakt z otoczeniem, jak wędrowiec pieszy – wszystko widzę, wszystko słyszę. No, może prawie wszystko, bo jestem już trochę ślepy i głuchy:)
Mogę – podobnie jak pieszy – stanąć przy sklepie, przy płocie, zrobić zdjęcie, powiedzieć „dzień dobry”, porozmawiać z tutejszym lub nietutejszym człowiekiem. To były te plusy dodatnie. A są też dwa albo trzy plusy ujemne – między innymi pchanie roweru pod większe góry.
PrzePyszna opowieść!! Z niecierpliwością czekam na jej dalszy ciąg. Pozdrawiam![]()
Jak wspomniałem, nocleg planowany był pod Trojaską nad jeziorkiem Apszyniec. Rowery poległy na grzbiecie a my szukamy jeziorka. Po kilkudziesięciu krokach na północ pojawił się płat śniegu, ostro schodzący w dół. Dokąd – nie było widać. Na mapie w tym miejscu jest krecha z ząbkami, opisana w legendzie jako” ścianka skalna” lub „urwisko”. Czyli w dół po płacie na wszelki wypadek nie idziemy. No to spacer wzdłuż krawędzi płatu – z żadnej strony nie widać końca.
Zostajemy więc nad płatem i szukamy płaskiego miejsca. Jak najdalej od grzbietu, żeby nie wiało, czyli jak najbliżej od płatu. Coś tam się znalazło. Takie akurat na jeden namiot. Nie całkiem płaskie, ale pochylenie było do wytrzymania. Teraz trzeba znaleźć jakąś wodę. W najgorszym razie natopimy ze śniegu. Tylko ten śnieg brudny i twardy, jak lód.
W pewnym momencie wiatr mocniej dmuchnął i na kilka sekund zrobiła się dobra widoczność w dół. Dobra – czyli było widać na 100 – 200 m. Za mało, żeby zobaczyć jeziorko ale wystarczająco, aby dostrzec zwężenie płatu i nitkę strumyka pod nim. Mamy gotową wodę! Po chwili zafurkotał prymusik.
Namiocik mamy malutki. Na noc wszystkie bagaże zostają w sakwach. Sakwy mają najlepsza wodoodporność, jeśli stoją pionowo. Zazwyczaj w miejscu biwaku jest jakieś drzewo albo inny punkt podparcia. Tutaj nie ma. Przytulamy więc rowery do siebie i za pomocą odciągów ze sznurka i dwóch śledzi od namiotu ustawiamy w pionie. Nurkujemy do namiotu, choć jeszcze wcześnie, bo zaczyna padać.
Może się komuś przyda świeżutki, cieplutki rozkład jazdy z Wołowca. Ten mniejszy, to pociągi lokalne, ten większy, to dalekobieżne.
Lewa kolumna z godzinami to przyjazd na stację, prawa, to odjazd.
Nieco większy obrazek: http://ciekawe.tematy.net/2012/czere...j_wolowiec.jpg
Ostatnio edytowane przez Wojtek Pysz ; 25-06-2012 o 19:46 Powód: link
Czwarty dzień. Budzik zadzwonił jak zwykle o piątej ale nie ma po co wstawać, bo leje. Przestaje koło ósmej. Szybkie pakowanie, mokry namiot do wora, herbatkę i śniadanko odkładamy na później. Jesteśmy na wysokości ok 1630 m, następna górka, Geriszaska (1762) jest odległa w poziomie o jakieś pół kilometra a w pionie o 130m. Na szczęście jest ścieżeczka, trawersująca szczyt.
Pod samym szczytem rowerki zostają na ścieżce a my jesteśmy teraz turystami pieszymi i idziemy na Geriszaskę.
Widok na Gorgany spod góry Worożeska. Takich widoków mamy najwięcej:)
Przed górką Karczunieska spotykamy dwóch wędrowców z Polski. Wyglądają na nieco zdziwionych widokiem rowerów tutaj, i żeby im w domu uwierzyli, robią wspólne zdjęcia. Byli to jedyni ludzie, których spotkaliśmy w górach.
IMG_3470.JPG IMG_3467.JPG
Docieramy na Stoh. Tak kończy się nasz odcinek grzbietowy. Planowaliśmy ewentualną jazdę w kierunku Bliźnicy, ale i tak wszystkie górki i grzbiety wyglądają dzisiaj jednakowo, więc rezygnujemy.
Po zjechaniu kilkuset metrów ze szczytu Stoha coś zaczyna być widać.
Po zjechaniu dwóch kilometrów widać przez mgłę zabudowania Dragobratu.
Po zjechaniu w dolinę potoku Świdowiec, widać już wszystko.
Ciepło, sucho. Opóźnione śniadanie i plan dalszej trasy.
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)