Jak wspomniałem, nocleg planowany był pod Trojaską nad jeziorkiem Apszyniec. Rowery poległy na grzbiecie a my szukamy jeziorka. Po kilkudziesięciu krokach na północ pojawił się płat śniegu, ostro schodzący w dół. Dokąd – nie było widać. Na mapie w tym miejscu jest krecha z ząbkami, opisana w legendzie jako” ścianka skalna” lub „urwisko”. Czyli w dół po płacie na wszelki wypadek nie idziemy. No to spacer wzdłuż krawędzi płatu – z żadnej strony nie widać końca.


Zostajemy więc nad płatem i szukamy płaskiego miejsca. Jak najdalej od grzbietu, żeby nie wiało, czyli jak najbliżej od płatu. Coś tam się znalazło. Takie akurat na jeden namiot. Nie całkiem płaskie, ale pochylenie było do wytrzymania. Teraz trzeba znaleźć jakąś wodę. W najgorszym razie natopimy ze śniegu. Tylko ten śnieg brudny i twardy, jak lód.


W pewnym momencie wiatr mocniej dmuchnął i na kilka sekund zrobiła się dobra widoczność w dół. Dobra – czyli było widać na 100 – 200 m. Za mało, żeby zobaczyć jeziorko ale wystarczająco, aby dostrzec zwężenie płatu i nitkę strumyka pod nim. Mamy gotową wodę! Po chwili zafurkotał prymusik.


Namiocik mamy malutki. Na noc wszystkie bagaże zostają w sakwach. Sakwy mają najlepsza wodoodporność, jeśli stoją pionowo. Zazwyczaj w miejscu biwaku jest jakieś drzewo albo inny punkt podparcia. Tutaj nie ma. Przytulamy więc rowery do siebie i za pomocą odciągów ze sznurka i dwóch śledzi od namiotu ustawiamy w pionie. Nurkujemy do namiotu, choć jeszcze wcześnie, bo zaczyna padać.