Rykowisko w Bieszczadach 2015

03/07 października 2015

http://wadera5.republika.pl/rykowisk...wisko2015.html

Tegoroczny wyjazd na bieszczadzkie rykowisko miał charakter, mimo wszystko, dość spontaniczny. Wyjazd planowany był od tygodnia, jednak planowana trasa zmieniała się cały czas do tego stopnia, że właściwie pojechałam zupełnie bez większych planów. Mniej więcej ustaliłam zakres Bieszczadów, który chciałabym zwiedzić. Krótko mówiąc -wschód. Zasięg terytorialny określiłam dość szeroki -od Ustrzyk Dolnych po Tarnawę Niżną. Trasę ustalałam na każdy dzień dosłownie wieczór przed. Skupiłam się też na jednym czynniku -zero pośpiechu. Mając do dyspozycji 5 dni, stwierdziłam, że to wystarczająco dużo, by nigdzie się nie śpieszyć. Nie mam przecież żadnych planów, żadnych celów -ot wędrówka z namiotem - gdzie dojdę, tam śpię. Nie nastawiałam także budzika. Zupełny luz. Zupełny reset na łonie przyrody. Tego mi było trzeba. Oczywiście nie muszę dodawać, że z założeniami wyszło jak zwykle?

Wybrałam autobus z Rzeszowa, który dowiezie mnie najbliżej. Wysiadłam w sobotę o godzinie 11. Jako, że do punktu startu miałam jeszcze kawałek drogi, ustaliłam, że dobrze będzie, jak na "starcie" będę o godzinie 13. Dzień już jest krótki, dlatego około godziny 18 trzeba rozglądać się już za miejscem noclegowym. 5 godzin wędrowania to nie mało ale i także -nie tak dużo, zwłaszcza, że pierwszego dnia chciałam przejść trasę, do której podchodziłam 3,5 roku temu. Pamiętam, wtedy zupełnie pogubiłam w lesie drogę i w połowie musiałam zawracać po własnych śladach. Z tego powodu ta właśnie trasa wprawiała mnie w wielkie podekscytowanie i postawiłam na niej wielki znak zapytania -czy teraz odnajdę właściwą ścieżkę i uda mi się przebrnąć ten odcinek bez większych problemów? To właśnie tam słyszałam wtedy po raz pierwszy ryk niedźwiedzia. Z tym zagadkowym nastawieniem ruszyłam w drogę.

Przeszłam około 1,5 km łapiąc po drodze autostop. Zatrzymała się sympatyczna para z Krosna. Wydali mi się znajomi. Próbami dochodzenia skąd mogę ich kojarzyć, okazało się, że to rodzina moich znajomych. A czyż w świecie nie obowiązuje zasada, że znajomi moich znajomych są moimi znajomymi? Tym oto miłym akcentem przejechałam około 5 km i na skrzyżowaniu wysiadłam.

Dzień był przepiękny. Pogoda bajeczna. Taki stan, że człowiek cieszy się samym faktem istnienia. Cudowne widoki wokoło, październikowe słońce rażące prosto w oczy. I ja pośród tego cudu natury. Nie za bardzo chciało mi się już łapać stopa, choć dalej do "startu" dzieliła mnie spora odległość. Tak tęskniłam za wędrówką, że chciałam wędrować drogą już teraz. Cieszyłam się, że pogoda mi dopisała a ja znalazłam się w pięknym miejscu pomiędzy wioskami. Miałam ochotę śpiewać, więc na pierwszy strzał poleciał Wysocki. Przeszłam tak 2,5 km. Następna wieś już mi się nie za bardzo spodobała, więc postanowiałam łapać stopa. Zatrzymał mi się Ukrainiec, który rozwoził po wsiach ukraińskie sklepowe produkty. Widząc takie zaopatrzenie sama nabyłam kilka ukraińskich smaczków. Wyraził on swoją refleksję, że człowiek ma coś takiego w sobie, że dąży do obcowania z naturą. Nasza wspólna droga trwała bardzo krótko, bo znów na skrzyżowaniu podążaliśmy w przeciwnych kierunkach. Przeszłam około 1 km. Złapałam autostop do docelowej miejscowości. Stąd znów 1 km do szlaku. Byłam na starcie. Była godzina 13:10, zatem zmieściłam się w akademickim kwadransie.