Dziękujemy wszystkim za tyle ciepłych słów. Cieszymy się że film się podoba a niektórych nawet zachwyca :) Cel jak widać w pewnej mierze został osiągnięty...
Co do samej wyprawy to jak pisze Maciejka - która zaciekawiona dowiedziała się kilku rzeczy - wyprawa nie była już taka 'kolorowa' jak ta letnia. Owszem mieliśmy czas na wypoczynek - Chata Wędrowca zapewniła nam dach nad głową a nawet nakarmiła.
Wszystko rozpoczęło się na lotnisku w Rzeszowie - gdzie odebrałem Marcina prosto z samolotu i pędem udaliśmy się w Bieszczady. Przyjechaliśmy dosyć późno w sam raz na spoczynek. Rano padało, było pochmurno, mgliście więc podarowaliśmy sobie wspinanie się po szczytach i postanowiliśmy pojechać na Jeziorka Duszatyńskie. Nawierzchnia była mokra, ubłocona, a my mocno zajęci konwersacją. W Smolniku wylądowaliśmy w rowie, zakręt 90 stopni wyskoczył niespodziewanie, niska prędkość (50hm/h), ABS ani próby 'driftu' nie pomogły... poślizgiem prosto w rów. Załamka totalna - jeszcze ani jednego zdjęcia a tu 'koniec' wyprawy. Kląłem na czym świat stoi. Szybko jednak załatwiłem ciągnik i po 20 minutach przy pomocy okolicznych mieszkańców samochód był na drodze. Popękany zderzak i cały w błocie - ale po ruszeniu jechał prosto więc udaliśmy się w dalszą podróż zostawiając traktorzyście małe co nieco na chłodny jesienny wieczórPrzy okazji dowiedzieliśmy się że 30 minut przed nami w taki sam sposób lądował inny samochód w tym samym rowie - ale terenówka więc sam wyjechał. Po przyjechaniu na miejsce i wypakowywaniu się poczuliśmy smród plastiku w okolicy bagażnika, obwąchaliśmy cały samochód ale po chwili przeszło, no cóż - pewnie coś się jednak stało pomyślałem i niechętnie odeszliśmy od samochodu w obawie że jak wrócimy będą same zgliszcza
Przy jeziorkach znalazłem przyczynę smrodu. Jako ze mam szynę już elektryczną do przesuwania aparatu noszę ze sobą akumulator a wsadzając go do plecaka nie zabezpieczyłem styków i na wierzch rzuciłem metalowy termos. Akumulator nowy więc bez problemu wypalił dwie dziury w termosie i zaczął wypalać jakąś wewnętrzną izolację. Na szczęście nie doszło do niczego poważnego. Zdjęcia nad jeziorkami były udane.
Pogoda przez kolejne dni nie była rewelacyjna. Wstawaliśmy o 4 rano patrząc na niebo czy są gwiazdy - dwa razy były więc szybko zerwaliśmy się aby być na szczycie przed wschodem. Pierwszego takiego dnia niestety podczas wsiadania do samochodu już padał deszcz - ale pomyśleliśmy że to tylko mżawka i do tego przelotna. Po drodze na parking pod Rawkami (bo taki był plan wyjścia - Rawki) zatrzymała nas Straż Graniczna - przetrzymali nas dłużej i zapowiedzieli że nie mamy co liczyć na słońce o wschodzie - pewnie racja pomyślałem bo już dobrze padało. No ale pojechaliśmy. Niezłomni przyodzialiśmy cały ekwipunek na plecy, ale deszcz nie przestawał padać, ja pierwszy zrzuciłem wszystko i schowałem się do samochodu - Marcin jako ten bardziej napalony na wszystko stał jeszcze kilkanaście minut marudząc że trzeba iść, w końcu dał za wygraną i do 8 godziny drzemaliśmy w samochodzie. Wyszło nam to na dobre ponieważ nie mielibyśmy tych pięknych 'szperaczy' z nieba. Zaraz jak wystartowaliśmy całe zjawisko zaczęło się na naszych oczach i trwało dosłownie do zakończenia kręcenia ujęcia. Przy okazji podjechali do nas panowie ze Straży Granicznej - tym razem widząc 'szperacze' i to że je filmujemy mieli już kciuki w górę i szerokie uśmiechy. Na szczycie spędziliśmy jeszcze około godzinę czekając żeby cokolwiek było widać, ale w końcu chmury się poszarpały i kilka ciekawych ujęć udało się zrobić.
Na wschód słońca udało nam się w końcu wejść na Wetlińską. Jako że nie mamy zbytnio kondycji - a sprzęt ważył ponad 10kg (sam foto) to sapaliśmy po nocy jak piżmaki(jeśli one w ogóle sapią. No ale wschód był piękny i warto było znowu wstać o 4 rano.
Pierwszy raz byliśmy w Krywem - i całe szczęście że po zaparkowaniu samochodu w pewnym miejscu i ruszeniu zapomniałem statywu, przeszliśmy kilkaset metrów w górę i widać było że dalej jest dobra droga więc po cofnięciu się do samochodu postanowiłem że podjedziemy jeszcze kawałek (mapa ani znaki nie wskazywały dokąd można bezpiecznie zajechać nie otrzymując mandatu od straży leśnej). I całe szczęście że zapomniałem tego statywu bo okazało się że do celu było jakieś 2km i stracilibyśmy dużo czasu i energii a pogoda tego dnia była wyśmienita dlatego zrobiliśmy tylko dwa ujęcia i szybko uciekliśmy w nowe lokacje.
Niestety nie udało się nam nagrać ładnego zachodu słońca (byliśmy od niedzieli do czwartku rano - Marcin miał wylot o 10) dlatego zaraz w sobotę pojechałem w Bieszczady jeszcze raz ze szwagrem. Spaliśmy w Chatce na Wetlińskiej - ja na stole w jadalni on na płytkach. Warunki niezłe - wiało szparami tak mocno że pewnie lepiej byłoby się gdzieś za skałą przespać. No ale to w końcu najbardziej spartańskie schronisko w Polsce więc nie można narzekać. Czekolada z rumem i ciepłe śpiwory jakoś dały nam przetrwać noc. W niedzielę udaliśmy się nad Sine Wiry (szwagier ma manię kultów pogańskich i dopatrywał się tam miejsca mocy dla pogan). W ostrym świetle ciężko było mi znaleźć dogodną pozycję do kręcenia i chcąc sprawdzić kamloty na środku rzeki a nie chcąc wpaść ze sprzętem do wody sam do niej wlazłem brodząc po kolona w lodowatej już wodzie. Ostatecznie wyszło na to że kręciłem z brzegu i wcale nie musiałem moczyć butów. No ale czego to się nie robi dla filmuButy na zmianę miałem w samochodzie więc za 30 minut byłem już suchy. Wieczorem siedzieliśmy 2.5 godziny pod Tarnicą robiąc ujęcie z gwiazdami - wymęczyło mnie to strasznie - ostatnie 30km drogi powrotnej do domu w ogóle nie pamiętałem - dobrze że było już po północy i nikogo na drodze
No i pewnie z grubsza tak wyglądałaby nasza wyprawa ;od kuchni; - potem przez miesiąc 'bawiliśmy' się na komputerach w obróbkę materiału - zrobiliśmy w sumie ponad 24000 zdjęć - ale nie wszystkie ujęcia pojawiły się w filmie - nie wiedząc co zastaniemy następnego dnia filmowaliśmy dużo aby w razie czego było z czego zrobić film :) Marcin spędził dodatkowy tydzień nad muzyką aby wszystko prezentowało się tak jak macie okazję to widzieć.
Pozdrawiamy wszystkich - również tych spotkanych na szlaku - bo okazało się że bardzo dużo osób widziało nasz film z Lata, mamy nadzieję że po Jesieni każdy napotkany zakochany w Bieszczadach będzie wiedział kim jesteśmy :P Oczywiście polecamy nasz profil na facebooku www.facebook.com/bieszczadytimelapse gdzie można być na bieżąco z nami i naszymi produkcjami.


Przy okazji dowiedzieliśmy się że 30 minut przed nami w taki sam sposób lądował inny samochód w tym samym rowie - ale terenówka więc sam wyjechał. Po przyjechaniu na miejsce i wypakowywaniu się poczuliśmy smród plastiku w okolicy bagażnika, obwąchaliśmy cały samochód ale po chwili przeszło, no cóż - pewnie coś się jednak stało pomyślałem i niechętnie odeszliśmy od samochodu w obawie że jak wrócimy będą same zgliszcza
Odpowiedz z cytatem