Piątkowy wieczór, godzina późna, bliska soboty. Za oknem mokro a im bliżej gór, tym bardziej. Kawy, kawy, królestwo za kawę - myśli kierowca trawozu, a właściwie kierowniczka. Piwa, piwa, królestwo za piwo... i żeby nie musieć wychodzić z samochodu, żeby się zlitowała - myśli pasażer. Zwalniamy w terenie zabudowanym... jednym, drugim, trzecim, nosy w bocznych szybach, języki na brodach, wybałuszamy gały... czarno... czarno to widzę. Na bieszczadzkich uliczkach pustki, lokale pozamykane. Wjeżdżamy do Ustrzyk Górnych, na horyzoncie majaczy blade światełko... Niemożliwe! To nie może być prawda! Otwarte??!! O tej porze??
I tak, zupełnie przez przypadek, w sposób niezapowiedziany, pojawiliśmy się w Zajeździe. Wyszliśmy nad ranem :)

A wrażenia? Zassało nas to miejsce, atmosfera, ludzie... i nie chciało wypuścić. Były gitarry, śpiewanie do zachrypnięcia, życzliwość i ta.... bieszczadzkość, której wcale nie przeszkadzały warunki na poziomie europejskim, łazienki, w których można jeść z podłogi (jeśli tylko ktoś miałby na to ochotę, bo Sanepid z pewnością nie protestowałby), czysta kuchnia i obsługa, która odgaduje twoje pragnienia zanim same się skrystalizują.

Nie mogę się wypowiedzieć na temat jak było/jak jest, bo w starym zajeździe nigdy nie byłam. Nie mogę się również wypowiedzieć o standardzie pokoi, bo na górze też nie byłam. Ale wrócę tam na pewno, wrócę niedługo :)