Cudownie... najpierw obejrzałam wszystkie, wszystkie zdjęcia na Picasie, potem wciągnęłam się w relację. Bardzo autentycznie i pozytywnie!
Cudownie... najpierw obejrzałam wszystkie, wszystkie zdjęcia na Picasie, potem wciągnęłam się w relację. Bardzo autentycznie i pozytywnie!
magda :)
Buba, dziękuję... i jak Ci zazdroszczę
Mijaja nas rozne ciekawe pojazdy
[img][/img]
Kawalek za wsia zabiera nas wóz z koniem, ktorym podrozuje cala rodzinka. Miejsca mało, ale sie jakos upychamy. Ja siedze na samym brzeżku i strasznie sie boje ze spadne. Droga prowadzi ostro w dól. Jedziemy bardzo szybko, co chwile podskakujemy na jakiejs muldzie albo wpadamy w głęboka koleine. Nie pamietam kiedy sie tak mocno czegos trzymalam, usciskiem wręcz stapiajacym ręke z faktura drewna, uchwytem jakby nie zwiazanym z wola i swiadomoscia ale powstajacym jakby samoistnie..
Wozem pokonujemy pierwszy brod na Dniestrze. Bród jest pełen krów. Pluszczaca woda, kamienie, krowie łby i ogony, i miedzy tym wszystkim przepychajacy sie nasz wóz. Chce zrobic zdjecie, bardzo chce zrobic zdjecie.. Ale kurczowo zacisniete na żerdziach ręce za cholere nie chcialy powedrowac w czasie jazdy w strone aparatu...
Rodzinka jest niezmiernie zdziwiona gdy prosimy o wysadzenie na rzeka. Jak tu jest pieknie!
Góry, łagodne zakola rzeki, krowy dzwoniace dzwoneczkami! Krowy! Nigdy bym nie pomyslala ze krowa to takie ciekawskie bydle! Trawa jest oczywiscie najbardziej soczysta koło nasBardzo interesuje je namiot, jęzor az sie sam wyciaga do plecaka. Odgonione wracaja jak bumerang. Koszulka toperza zostaje zdegustowanana. Chyba smakuje bo trzeba ja wyciagac z pyska
Rano dlugo trwa sielanka nad rzeka! Jakos nie chce sie odchodzic z tego pieknego miejsca!
Przed Dniestrzykiem przekraczamy jeszcze dwa brody.
W miejscowosci sporo fajnych kamiennych krzyży przydroznych
Do Babina zmierzamy wzdluz linii slupow chyba telefonicznych- nie wiem czemu ale uwielbiam tego typu słupy!!
Kolejna wioska Wyciw z mapy wydaje sie malutka a zdaje sie ciagnac w nieskonczonosc. Tak samo jak podejscie na Werch Orowyj. Zupelnie jakby nagle wszystko przestalo sie zgadzac z mapa.. A skala w szczegolnosci
Namiot stawiamy na uroczej polonince
Ale takich muld w namiocie to nie milismy jeszcze nigdy. Dochodze do wniosku ze jednak najgorsza rzecza jest mulda na wysokosci szyi.. ;-)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
Kolejnego dnia malowniczymi serpentynami schodzimy w strone wsi Potik i Lenina.
W Ławrowie ogladamy monastyr a ze akurat leje spedzamy troche czasu w sklepie nad jadłem i napitkiem. Czesc sklepu to jakby bar, stoliki i przefajny piec. sprzedawczyni robi nam herbate i kawe.
Od Ławrowa suniemy asfaltem w strone wsi Tersziw. Wkraczamy jakby w inny swiat- szybszy, glosniejszy, jakby bardziej anonimowy. Na nocleg rozkladamy sie nad rzeczka.
Miejsce, ktore wybralismy sobie na nocleg jest chyba najpopularniejszym miejscem wokolicy do wszelakiego uzytku. Przyjezdzaja dwie rodzinki z dziecmi. Momentami mam wrazenie ze dzieci kompletnie nie interesuje ani piłka ani strumyk a najlepsza zabawa jest naciskanie klaksonu i trzaskanie drzwiami auta. Wieczorem wogole jedna dziewczynka nie wychodzi z samochodu podczas pikniku.
Rano pojawia sie mloda para na plenerze slubnym wraz z kilkunastoosobowa grupa obstawy z aparatami i kamerami.
Przybywa tez babka aby umyc samochód i zaloga gruzawika , ktora wyglada jakby kradla z pola dynie.
Kawalek dalej w strone wsi Tersziw stoja ruiny ogromnego budynku, jakby hotelu. Kurcze! Jaka szkoda ze tu nie przyszlismy nocowac! Obiekt jest czteropoziomowy, w srodku sciany czesciowo wykladane drewnem, kafelkowane lazienki, czesc wyglada na niedokonczona.
Obecnie parter zasiedlaja sporadycznie krowy a na wyzszych pietrach bytuje lokalna mlodziez. Ze sciennych napisow mozna sporo wywnioskowac o perypetiach milosnych oraz lokalnych antagonizmach, zarowno osobistych jak i druzynowych czy powiatowych. Widac slady ognisk i biesiad, pobudowane ławeczki, stoliki. O dziwo malo smieci.
Nad potok zajezdzaja dwa wozy mocno umazane gnojowka i miejscowi zaczynaja je myć... Eeeeeeee... a ja w tym potoku godzine temu umylam menazke...
![]()
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
Przy drodze stara tabliczka przystankowa. Chyba pochodzi z dosyc dawnych czasow, bo napis glosi "astanowska awtobusa". A rosyjskie napisy rzadko mozna spotkac na zachodniej Ukrainie.
Przy nowych domach w miejscowosci wystepuja rozne ciekawostki archtektoniczne. Lwy na kolumnach to juz zaden szpan. Przyszla moda na innych przedstawicieli fauny
W wiosce Tersziw rojno i gwarno. W cerkwi jest slub. Wszedzie pelno wypolerowanych aut i przechadzaja sie kobiety w za wysokich obcasach. Niektore nawet radza sobie dziarsko z pokonywaniem kolejnych metrow. Na innych twarzach widac skupienie a w nienaturalnie wygietej sylwetce czuc napiecie wszystkich mięsni.
W lokalnej, przysklepowej knajpce siedzi czesc weselnikow. Jedna z babek czestuje nas weselnym ciastem.
Opowiada ze na weselu jest 150 osob a glowna impreza odbedzie sie we wsi Striłki bo tam maja duza sale. Jednoczesnie z rozrzewnieniem wspomina wesela sprzed 20 lat, gdzie cala wies bawila sie w przycerkiewnej knajpce, w ogrodzie, na ulicy, a w nocy trzeba bylo jezdzic do Sambora po wodke bo we wsi zawsze sie skonczyla. Nie wszyscy przychodzili tak wystrojeni- i zapewnia nas, ze wtedy, na bank bysmy byli zaproszeni na wesele!
Mijamy stacyjke, rzeke Stryj, ktorej brzegi wybitnie zachecaja do biwaku
i w wiosce Suszyca Rikowa odbijamy w pylista droge wspinajaca sie na wzgorze Kundeska.
Przy drodze pasie sie przywiazana klacz i malutki źrebaczek. Konikowi cos wybitnie toperz przypada do gustu bo za nim idzie. Matka konika szaleje, kopie, rży, wydaje bulgoczace odglosy gdy dziecko jej znika z oczu. Probujemy odpedzic konika ale on dlugo nie daje za wygrana.. No tak.. Nie bedzie dobrze jak konik za nami pojdzie i sie zgubi albo zlamie noge, a tym bardziej bedzie bardzo zle jak matka sie zaraz zerwie z łancucha i przyjdzie do nas z pretensjami ze porwalismy dziecko... Na szczecie udaje sie uciec maluchowi,ktory chyba wraca do matki bo na łace zapada cisza.
Wzgorze jest porosle roznistymi burzanami, ale to juz nie wiosenno-letnia łaka... Widac juz oddech zblizajacej sie jesieni :( Wokol piekne widoki na gory i na pogode ktora wlasnie trafia szlag.. Nie zejdziemy jutro sucha stopa do wsi..
Łąka pelna jest roznistych owadow i pajeczakow. Dominuja pasiaste, nakrapiane i takie o blyszczacych pancerzykach. Wiele z nich mam wrazenie ,ze widze po raz pierwszy. Mozna siasc i przygladac im sie godzinami.
Obserwujemy np. jak pajak zjada pasikonika, najpierw go gryzie i dlugo owija pajeczyna.
Niedlugo po rozbiciu namiotu swiergot swierszczy zostaje zagluszony przez miarowe bębnienie deszczu w dach.. Wieczor musimy spedzic w namiocie. Dobrze sie sklada, ze mamy do towarzystwa kahora :)
Rano mgliscie, mokro i duzo chlodniej. Schodzimy do Woli Koblianskiej. Zaraz przed wsia droga robi sie stroma, błotnista i strasznie sliska. Coraz bardziej zaczyna przypominac trase wyscigu pojazdow gasienicowych. Ślady krowich racic z charakterystycznymi poslizgami swiadcza o tym, ze lokalnym krowom, mimo czterech nog rowniez ciezko utrzymac rownowage. Nie wiem czy bydełko z tego powodu przezywa jakies silne stresy- ale jedno jest pewne- krowiego łajna jest na tym zboczu wiecej niz gdziekolwiek indziej. Nie zabralam na ten wyjazd kijkow, jakos tak glupio mi z nimi chodzic po tutejszych wioskach jak jakis zachodni szpaner.. I znowu "narciarz" by za mna wołaliA teraz by sie bardzo przydaly, oj bardzo.. Musze sobie znalezc w lesie jakis fajny kijek! Najlepiej jałowcowy! Bedzie sie mozna nim podpieraaaaaaaaaa.... i juz leze jak dluga, zaliczajac uprzednio kilkumetrowy zjazd po brunatnej mazi... No teraz to mamy wolny przedzial z Przemysla jak w banku! ;-)
We wiosce wszystkie sklepy zamkniete i zaczyna coraz mocniej lać... W drodze do Starego Sambora spotykamy kilku sympatycznych grzybiarzy, ale jako ze nie mamy ze soba ani koszyczka ani flaszki z wodka to rozmowa sie jakos nie kleiLeje coraz potęzniej a droga niemilosiernie sie dłuzy. Kolejne stare łady i wołgi w szalonym pędzie rozbryzgują kaluze zbierajace sie w dziurach i koleinach. Kolejne nowe auta pełzna w ślimaczym tempie aby sobie czegos nie urwac..
Pojawiaja sie szyby naftowe
![]()
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
W Starym Samborze zdaje sie byc wiecej bankow niz knajp. W koncu znajdujemy jedna, siadamy z boczku. Wielkie menu, oprawione w skore, chyba kilkanascie stron roznych wyszukanych potraw i trunkow- ale maja na stanie tylko barszcz i gołąbki :)
Przy duzym stole na srodku sali odbywa sie jakas impreza rodzinna. Wesele? Urodziny? Stypa? Odswietne stroje i zastawiony stół. Starsi biesiadnicy zaczynaja spiewac jakies ludowe piesni. Jeden facet zupelnie spiewa jakby na codzien praktykowal w cerkwi. Płyna piesni o kozaczej sławie i urodzie wiejskiej dziewczyny. Na pewno tez spiewali "Goriła sosna"
http://www.youtube.com/watch?v=9tQCdYpo7hg
Ciekawe jest to, ze spiewa jakies 7-8 osob w wieku 50+. Rumiane, rozesmiane twarze, blysk w oku, szklanki w dłoniach, spiew na ustach! Mlodzi siedza jakby kije połkneli, odchodza od stołu z telefonami przy uszach albo odplywaja gdzies daleko w niebyt wpatrujac sie w sine łuny komórek i ogromnych aparatow. Widac jakas ogromna przepasc dzielaca te pokolenia. Ten sam stól, to samo jadło, ta sama impreza a zupelnie inny swiat.. A ja doskonale wiem, do ktorego z tych swiatow naleze.. I tylko rozmyslam czemu los splatal mi takiego figla, ze rzucil mnie tu o 30 lat za pozno...
Niestety zadnej z wykonywanych piosenek nie znam na tyle aby dołaczyc do spiewakow..
Włoczymy sie po skąpanym w deszczu miescie. Widac, ze ostatecznie szlag trafil nasz plan noclegu nad pobliska rzeka.. Na ulicach przeplataja sie babuszki z wielkimi siatami i agresywnie umalowane dziewczeta. Biegaja cyganskie dzieci trzymajac w łapkach jakies połamane kluczyki od samochodow.. Pisalam juz ze leje??
Mijamy klub szachowy 'Debiut". W srodku kilku skupionych dziadkow siedzi w przycmionym swietle nad szachownicami. Przez te otwarte drzwi plynie atmosfera spokoju i sympatycznie spedzanego letniego popoludnia.. Zagladamy tam dwukrotnie, chyba jakis lokalny turniej.. Oczyma wyobrazni juz widze toperza zaproszonego do jednej z szachownic i siebie donoszaca zakąski i napitki.. Ale niestety nikt nas nie zagaduje..
Szukajac jakiegos suchego miejsca trafiamy na rozlozony na polamanych plytach knajpiany namiot. Miła barmanka, suszace sie na sznurku ryby, kleiste stoliki. Tego szukamy! Widzac nieznanych gosci barmanka szybko sciera nasz stolik szmata o zapachu zatopionego kutra.. Zamawiamy kwas, herbate i najwieksza rybe. Ryba jest ladna, sama sobie wybralam- ale okazuje sie byc niewypatroszona. Wszystko jest widac zaplanowane bo w komplecie do ryby dostalam noz. Skrobiemy wiec rybe pod czujnym okiem lokalnych żulikow. Wnetrze ryby pachnie nieszczegolnie. Tak troche jakby zbyt wiele upalnych dni spedzila na samborskim nadbarowym sznurku..Ale smak jest nienajgorszy, calkiem rybny i mocno solony. Dokupujemy wodke.. Takie ryby chyba musi sie przepijac.. Mysle o syberyjskiej struganinie- to chyba pachnie jeszcze gorzej, tak przynajmniej pisalo w jednej z moich ulubionych ksiazek. Nie trace nadziei ze kiedys sama zweryfikuje te opinie.
Jakis pijaczek przedstawia barmance swoja wizje przyszlosci swiata, pod stolem kot zlizuje rozlane piwo, wiatr szarpie namiotem wwiewajac do zadymionego wnetrza mokre acz swieze powietrze.
Wczesniej pytamy w knajpie o jakies noclegowisko. Polecaja nam hotelik w centrum. Odkrywamy tam budynek gdzie jest wszystko- solarium, wróżka, salon urody, adwokat,kafejka internetowa, motel i wedliny. Samo scisle centrum- zwlaszcza ze zaraz obok jest tez dworzec kolejowy i marszrutkowy, spinajacy ten plac z reszta swiata.. Recepcja zamknieta, tylko grupka nastolatkow wpatruje sie w monitory w kafejce. Przed budynkiem dwoch chlopcow widac jeszcze nie wyszlo z ciał swoich komputerowych bohaterow. Zeskakuja z murkow, udaja ze lataja, wydajac przy tym dziwne odglosy.
Probujemy dzwonic na podany numer ale cos nas nie łaczy, chyba cos zle wpisujemy bo tylko automaty nas informuja o zaszlej pomylce.. Cala akcje obserwuje dwoch chlopakow spokojnie palac papierosy. W koncu podchodzi jeden z nich: "Szukacie kogos z hotelu? To on" i wskazuje na kolege. Idziemy na pietro i tu zachodzi najszybsze zakwaterowanie jakiego bylam swiadkiem. Gosc wymienia cene noclegu, ja mu podaje pieniadze, on podaje mi klucz i juz go nie ma.. Mamy jakis bardzo sprytny klucz do pokoju, ktory rownoczesnie otwiera tez drzwi na dole... Ciekawe czy inne drzwi w budynku takze
Rano obkupujemy sie na lokalnym targu w same smakolyki- prawdziwe mleko, ser, smietane. Nabywamy tez pomidory i cebule. Uczta byla nieziemska :)
Na dworcu kolejowym maja tu ciekawy sygnalizator- zaczyna wyć i swiecic jakas godzine przed wjazdem pociagu. Wycie jest dosyc glosne i przerazliwe. Wszyscy ignoruja ostrzezenie, swobodnie przechodza przez tory, nawet jak juz widac pociag na horyzoncie.
We Lwowie zauwazamy nową mode. Teraz wyznanie swoich uczuc za pomoca napisu na scianie to juz zaden szpan! Teraz w dobrym tonie jest udekorowanie chodnika- tak aby ukochana mogla przeczytac ze swojego okna
Granice przekraczamy dosyc szybko. Ciekawa rzecza jest mocna wpuklony dach na ukrainskim terminalu. Zastanawiamy sie kiedy pod naporem ciagle padajacego deszczu i zbierajacego sie tam basenu wody, nagle rozlegnie sie chrup! i wszyscy w srodku bedziemy miec porzadna kapiel.
W Przemyslu na dworcu panuje dosyc napieta atmosfera. Po poczekalni krązy kapo, ktory ciagle upomina ludzi zeby nie opierali plecakow o swiezo wymalowane sciany, nie siedzieli na ziemi tylko na krzeslach, nie stali przy drzwiach, nie rozwieszali mokrych kurtek.. masakra jakas ten dworzec...
Humor psuje nam tez fakt, ze nasz pociag ma rezerwowane miejsca rowniez w drugiej klasie.. Co za durny wymysl! Nie dosc, ze sie wiecej placi to jestes jeszcze skazany na swoich wspolpasazerow - nie mozesz sie przesiac do innego przedzialu jak ktos ci kaszle nad uchem albo przewozi psa ktory ci wlazi na kolana...
Przepychamy sie przez pol pociagu w poszukiwaniu naszego przedzialu. Mimo, ze to dopiero Przemysl siedzi juz w nim trzech gosci. Rzucaja na nas nieufne spojrzenie i cos chowaja pod fotele. Mordy maja calkiem sympatyczne. Wychodze do kibelka a gdy wracam widze z daleka juz rozradowana gębe toperza. Zaraz po otwarciu drzwi dostaje kubeczek z wodka i kanapke z kiełbasa na zagrycheSa tez jajeczka i wyjatkowo pyszne pomidory.
Jestesmy winni pani z kasy jakis prezent, ze wybrala nam akurat ten przedzial!
Nasi wspolpasazerowie to trzech Ukraincow jadacych do pracy w Polsce: Roman z Podhajców, Bogdan z Komarników i Wiktor z Husnego.
Wszyscy trzej mowia, ze lubia te wyjazdy zarobkowe. Ich zony, dzieci ponoc za bardzo nie lubia podrozowac, przemieszac sie, tylko by siedzialy w domu. A taki wyjazd jest zapowiedzia cyganskiego zycia-nieznane miejsca, nowi znajomi, nowe przygody. I jeszcze za to placa.. tzn przewaznie.. Roman wspomina jednego goscia z Wroclawia ktory im nie zaplacil za kilkumiesieczna prace. Zamknal firme i tajemniczo zniknal ze swojego mieszkania. Znalezli go po jakims czasie w Trzebnicy u matki. Przyparty do muru płakal, ze nie ma pieniedzy, chcial im oddac dług w jakis kradzionych telewizorach. Kolega Romana chcial mu ukrecic łeb. Roman byl akcji przeciwny- pieniedzy nie odzyskasz a policja bedzie scigac ciebie.. Ostatecznie nie wiem jak sie sprawa zakonczyla bo jakos zeszlo na inny temat.
Chyba nie ma miejsca gdzie Roman by jeszcze nie pracowal. W dawnych czasach handlowal na warszawskim stadionie albo wyprowadzal psy, zna podoławska plantacje szparagow, kładl dachy na wroclawskich kolejowych peronach, malowal markety na Bielanach, kosił trawe przy autostradzie, budowal wyciagi narciarskie w Bukovelu. Teraz pomaga w Bystrzycy w tartaku, a na Ukrainie jest taksowkarzem.
Roman opowiada tez o trudnych wyjazdach do Polski w latach 90 tych, gdy zaraz po przekroczeniu granicy podchodzilo kilku "kolegow" skladajac propozycje nie do odrzucenia w postaci opieki na terenie miasta. Podobnych spotykalo sie w kazdym wiekszym miescie. Pieniadze wyciagali tez konduktorzy np. jeden wlepil Romanowi mandat o wysokosci 40 dolarow za lezenie i spanie na siedzeniu w pociagu. Roman nie mial pieniedzy wiec konduktor zabral mu caly portfel. W portfelu bylo 5 dolarow.
W tych samych czasach jego znajomy z miasteczka probowal w Polsce skupywac kasety video aby potem zalozyc wypozyczalnie na Ukrainie. Dostal kilka ostrzezen od niezadowolonej "konkurencji" a niedlugo potem zaginal w tajemniczych okolicznosciach.
Rozmowa jakos szybko schodzi na miejscowosci z ktorych chlopaki pochodza i strasznie sie ciesza ze tam bylismy, znamy te miejsca i mamy mile wspomnienia. Roman opowiada o Podhajcach, o corocznych imprezach w czerwcu odbywajacych sie przy tamtejszych ruinach kosciola. Organizuje to ponoc jakis miejscowy o polskim pochodzeniu ktory zbiera pieniadze na remont dachu swiatyni. Imprezie towarzysza wystepy artystyczne, miejscowe gospodynie pieka rozne specjaly i nimi czestuja przyjezdnych, bawi sie cala okolica przez kilka dni. Ponoc co roku jest stala ekipa ponad dwustu osob, ktore spia rozlokowane po tamtejszych gospodarstwach.
W Przeworsku wsiada Przemek (chyba) i z niepewnoscia pyta czy nam nie bedzie przeszkadzac jak sobie piwo wypije. Toperz powaznym glosem odpowiada "My tu piwa nie pijemy". Przemek sie stropil na chwile, schowal piwo ale za chwile pojmuje dowcip :)
Kawałek dalej dosiada student z Krakowa - Wicek zwany tez Szczurkiem. Idealnie dopasowuje do klimatow w naszym przedziale :)
Zastanawiam sie jak to mozliwe ze wszystkie osoby wsiadajace do naszego przedzialu sa sympatyczne, wesołe i w imprezowych nastrojach? Ktos komentuje,ze moze po prostu inne osoby boja sie lub brzydza jechac w tym miejscu? ;-)
W miedzyczasie Ukraincy wyciagaja z walizek kolejne flaszki a i my nie chcac byc gorsi dobieramy sie do wiezionych ze Lwowa zapasow kahorow. Przed Krakowem zapasy sie koncza. Przemek wysiada w Płaszowie. Tam tez ma czekac na niego dziewczyna. Wpadamy na szatanski pomysl- aby ta dziewczyna skoczyla po flaszke i podala nam do okna. Plan udaje sie zrealizowac.
Dostajemy zaproszenie od Wiktora do Husnego. Obiecuje nam wielka uczte, lejacy sie strumieniami samogon, wjazd traktorem na Pikuj. W swoich propozycjach i goscinnosci rozochocił sie na tyle, ze obiecuje toperzowi na noc swoja nastoletnia corke ;-)
W miedzyczasie okazuje sie ze chlopaki nie siedza w swoim wagonie ani przedziale, ot po prostu sobie usiedli. W ktoryms momencie wpada do przedzialu dziewczyna i wymachujac biletem domaga sie aby puscic ja pod okno. Na stolikach pod oknem jest porozkladane jedzenie wiec chlopaki jej tlumacza by na razie na chwile siadla gdzie indziej. Dziewczyna cos krzyczy, ze ona musi siedziec pod oknem, cos tam dalej jest o zapachu w przedziale ktory jej nie odpowiada i wybiega na korytarz. Spodziewamy sie, ze zaraz wezwie konduktora i bedzie jakas wieksza awantura ale nic takiego nie nastepuje.
Gdzies kolo Katowic dosiadaja sie Hanysy- jest ich czterech, mlode, mocno napakowane, łyse i bardzo wesołe chlopaki. Sa bardzo glodni i rozwazaja gdzie pociag stoi na tyle dlugo aby zdazyc wybiec po hamburgera lub zapiekanke. Nie pamietam o czym dalej rozmawiali bo od Kedzierzyna juz podsypiam. Dwoch naszych Ukraincow idzie szukac swojego przedzialu.
Wysiadamy w Olawie o 4 rano, wraz z Romanem. Ponoc ma ktos po niego przyjechac na dworzec. Mamy nadzieje, ze to prawda, ze nie bedzie do rana siedzial na peronie. Roman obiecuje, ze zadzwoni do nas jak kolega go nie odbierze.
I tak to wschodnie klimaty towarzyszyly nam prawie pod drzwi domu :)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
Piękności ta relacja. Poezja chyba nawet miejscami.
Poczatkowo mielismy pojechac w bukowińska czesc Karpat ale przeczytanie relacji, zobaczenie zdjec i wysluchanie kilku opowiesci z przygranicznej, bieszczadzkiej trasy spowodowala szybka i zdecydowana zmiane naszych planow.
We Lwowie kilkugodzinna przerwa na przesiadke pozwala zauwazyc ze zamiast zburzonych, przydworcowych barakobarow postawili kilka pawilonow. Wyglad i klimat jak z McDonaldsa, i takaż obsluga.. Pospiech, anonimowosc i zarcie z mikrofali.. Przeszkadzaly barakobary bo sie zle prezentowaly na Euro..Plus jedynie taki, ze obecne pawilony tez sa otwarte calodobowo wiec jest gdzie usiasc czekajac na pociag w chlodna, deszczowa noc..
Elektryczka do Sianek, wlecze sie niemilosiernie pofałdowanym terenem, pelnym mostow, tuneli i pieknych widokow. Naprzeciw nas siedzi jakas babka, ktora zakupila wlasnie od obnosnego handlarza "Poradnik gospodarza". Z zainteresowaniem czyta wiec o terminach wylegu kaczat i nowatorskim sposobie marynowania patisonow polecaną przez Haline N. z Rohatyna. Siedzaca obok wspolpasazerka malo nie złamie karku tak wykreca glowe aby rownoczesnie moc zgłebiac te frapujace tematy. W koncu obie odkladaja lekture i wdaja sie w rozmowe, przechwalajac ogrodniczymi osiagnieciami.
Gdzies obok trzy wymalowane i ponętne panienki udaja ze zaloty podpitego chlopaka im zupelnie nie w smak. Krzywia sie zatem i odwracaja glowy, caly czas zerkajac z ukosa na mlodzienca i poprawiajac fryzury. Chlopak przez droge na tyle doprawia sie kilkoma butelkami rom-coli, ze traci nawet zainteresowanie wspolpasazerkami i ostatecznie wytacza sie z pociagu na stacji Jabłunka i sturliwuje z nasypu. Widac ma w tym wprawe bo szybko dochodzi do siebie na kamienistej drodze. Zbiera klapki, rozsypane szpargaly z siatki i chwiejnym ale raznym krokiem zmierza gdzies ku swemu przeznaczeniu.
W wagonie dalej maluszek wylazi z wozka i ochoczo podskakuje jak piłka na drewnianej lawce. Siedzaca naprzeciw staruszka karmi go cukierkami. Po kilku stacjach w ogromnej poczatkowo torbie cukierkow pokazuje sie dno. Mama dzieciaczka siedzi obok i piłuje tipsy, a ojciec spi snem sprawiedliwym otoczony gesta chmura procentow.
Handel kwitnie. Dobrze dzis schodza skarpety- glownie brązowe oraz gazety- glownie o zabarwieniu kulinarnym. Sa tez nasze ulubione pierozki- z kapusta albo z "bulba"posypane mocno czosnkiem. Babka z pierozkami pojawia sie w wagonie zawsze kiedy jestem akurat w kibelku.
W przedsionku przed kibelkiem facet chwali sie koledze ile to ostatnio ryb nałowił. Otwiera plecak- a tam same ryby, powrzucane luzem! Jedną wyciaga za ogon aby w pelni zademonstrowac jej wielkosc patrzacym z podziwem wspolpasazerom
Udaje nam sie otworzyc okno wiec wywieszam łeb na zewnatrz chłonac zapach i klimat mijanych wsi. Aromat siana i krowy czasem zastepuje nagły swist i chłodny oddech wilgotnego tunelu.
Gdzieś za Turka licho zsyła pogranicznika i jednoczesnie na mnie zaćmienie, bo zapytana gdzie chcemy wysiadac jak durna mowie prawde- ze w Sokolikach lub Beniowej. Facet sie ozywia twierdzac ze tam nie wolno a poza tym na Pikuj bedzie nam lepiej isc z Sianek. Ale my nie chcemy na Pikuj!!! To zdanie bedziemy jeszcze nie raz powtarzac podczas tego wyjazdu... Zesz to szlag.. Powiedzialabym ze wysiadamy w Siankach to by poszedł sobie w cholere! A tak dzwoni do jakiegos naczalnika i jeszcze na dodatek siedzi przy nas i pilnuje zebysmy nie wysiedli za wczesnie.. Od Niznego Turowa jednoczesnie wisi caly czas w oknie , bacznie obserwujac czy nikt przypadkiem nie wyskakuje w biegu z okna aby pokicac w niepozadanym kierunku.. Jakas wyjatkowa menda ten pogranicznik, nigdy nikt nas nie zaczepial w tym pociagu. Musial sie dupek napatoczyc akurat teraz... Potem kolejni spotykani na trasie pogranicznicy wszyscy byli juz bardzo mili i sympatyczni.
Plus z wysiadki w Siankach jest taki ze odwiedzamy o jeden sklepik wiecej. I nie bedziemy musieli walczyc z chaszczem na Buczkach w tym dusznym, przedburzowym upale.. Kolo stacyjki spotykamy trzech bardzo sympatycznych chlopakow z Polski zmierzajacych na Pikuj, chwile gadamy ale nasze drogi prowadza w przeciwnych kierunkach.
Widok spod sklepu
Pod sklepem mocno dopieka, mrucza burze po okolicznych szczytach a toperz wdaje sie w rozmowe z jakims miejscowym, dosc dobrze mowiacym po polsku. (zreszta wszyscy prawie w okolicy mowia troche po polsku). Rozmowa zahacza oczywiscie o Euro, o piłke nozna wogole. Troche sie boje ze za chwile walniemy jakas gafe raczej nie majac zbyt szerokiej wiedzy w tym temacie. Facet poleca dzisiejsze festyny w Turce i Jaworze, ze beda lokalne i zagraniczne gwiazdy estrady, nawet operowe i duzo bojkowskiego rzemiosła. Chodzi mi po glowie aby wrocic do Turki, zobaczyc koncerty a jutro wysiasc w Beniowej.. Ale jakos zbyt dlugo rozmyslamy i elektriczka na Turke wlasnie odjechala.. Gosć dziwi sie ze nie idziemy na Pikuj. No co oni z tym Pikujem?!?? Jedna gora jest w okolicy? Czy Polak z duzym plecakiem we wsi = wyprawa na Pikuj?
Tuptamy sobie w strone Niznego Turowa. Wszyscy mijani kierowcy usmiechaja sie do nas i radosnie nam machaja. Czyzby to jakas akcja "Caly swiat pozdrawia bube?". Skadinad bardzo sympatyczna akcja :)
Po skrecie w boczna droge ukladamy sie na kamienistej nawierzchni i ucinamy krotka drzemke. Mimo ze juz sporo popoludniu to slonce nadal niezle pali, a goracy wiatr przerzuca po polach tumany pyłu zebrane z szutrowej drogi. Gdzies na horyzoncie, za zakosami drogi majacza pierwsze zabudowania wioski.
We wsi płynie wlasnie powolny czas sennego popoludnia
Na przeleczy miedzy Wyznym a Niznym Turowej zjadamy zakupionego we Lwowie melona. Nie jest tak dobry jak krymskie ale zdecydowanie lepszy od polskich z marketu. Ciekawe jakie melony beda w Gruzji?
W poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg wspinamy sie na niewielka gorke. Przez pobliska rzeke przejezdza malowicza furmanka. Robie jej zdjecie i na tym etapie jeszcze nie wiem ze zaraz bedziemy nia jechac pod gorke.
Poczatkowo probujemy odmawiac, droga jest bardzo stroma i troche nam zal konika, ale facet jest nieugiety. Woz jest wyjatkowo niski. To nawet chyba nie jest woz ale wąska decha rzucona miedzy kołami. Droga jest wyboista i pełna głebokich kałuz. Nogi staramy sie podniesc wysoko, ledwo trzymamy sie aby nie spasc a facet robi nam pokaz jak to jego konik wspaniale galopuje
Ostatecznie mamy na koniec trasy jedna szczesliwa bube i dwa okropnie ubłocone plecaki, ktore toperz caly czas dzielnie trzymal ryzykujac upadkiem z wozu.
Pniemy sie dalej na zbocze- dzisjesze miejsce noclegu. Wokol łąki trzesa sie od grania swierszczy, czasem ich koncert przerwie grzmot dalekiej burzy, muczenie rozdraznionej krowy albo pohukiwania pasterzy.
Spi nam sie nadzwyczaj rewelacyjnie, przesypiamy okolo 13 godzin :)
"ujrzałam kiedyś o świcie dwie drogi, wybrałam tą mniej uczęszczaną - cała reszta jest wynikiem tego, że ją wybrałam.. "
na wiecznych wagarach od życia...
Czytam, czytam, czytam i już sama nie wiem co ciekawsze. Relacja czy zdjęcia. Piękna, po prostu piękna
uwielbiam Wasze opowieści :)
Aktualnie 1 użytkownik(ów) przegląda ten wątek. (0 zarejestrowany(ch) oraz 1 gości)