Nad ranem cala okolice spowijaja geste mgły, ktore z kazda chwila staja sie coraz bardziej podswietlone sloncem. Czuc juz oddech zblizajacego sie niezwykle upalnego dnia..
Nie wiem czemu ale spodenki toperza przyciagaja cale stada pasikonikow, swierszczy i innych tym podobnych stworzen
W wiosce Nizny Turow sa trzy magaziny ale wszystkie maja przerwe obiadowa miedzy 14 a 18. Na szczescie udaje sie zdazyc do jednego z nich na ostatnia chwile i nabyc artykuly pierwszej potrzeby.
Obok sklepu miejscowy zaglada pod maske zepsutego autka jakiejs rzeszowskiej rodziny. Dziwnie patrzy sie z boku na taka znana sytuacje
Dalej wioska, gestniejace chmury, dom radnego , ktory wybitnie nie pasuje do pozostalych.
Ponoc jak powstawal to miejscowi przystawali i sie żegnali- myslac ze bedzie to nowa cerkiew. Wlasnie ta tradycja zmotywowala wlasciciela do postawienia kapliczki w ogrodzie.
W Jabłunce Niznej kupujemy mrozone pielmieni ktore odgrzewamy w menazce. Mila babka przynosi nam sól i wode. Opowiada ze ma polskie pochodzenie, a wogole w latach 70 tych czesto jezdzila do Polski, do Niemczy, Dzierżoniowa-wiec ogolnie nasze tereny! Opiekowala sie tam dziecmi kuzyna. Teraz dzieci dorosly, pozenily sie, starsi wymarli i jakos kontakt sie urwal.
W sklepie kreca sie tez mlode chlopaczki, ktore sie dopytuja kto i ile nam placi za chodzenie z tymi plecakami. Wyprowadzamy ich z błędu odnosnie tego specyficznego sposobu zarobkowania. Zaczynaja wiec cos szeptac miedzy soba, glupkowato sie smiac i robic niewybredne komentarze. Stojaca nieopodal babcia strofuje młodych, ze nieladnie zaczepiac gosci i jednemu z nich daje porzadnie w ucho torebka. Sama twierdzi ze kiedys, w mlodosci planowala pojsc pieszo do Turki, wzgorzami, wioskami, ale mąż popukał sie w glowe i doradzil by bardziej zajela sie ogrodkiem. Inna babka chwali sie ze w czasie wojennych migracji ktoregos dnia przeszla ponad 50 km i to z duzo wiekszym worem niz nasze plecaki. Przysluchujacy sie facet z kolejki ciezko wzdychajac mowi ze "mlodzi teraz wszystko na pieniedze przeliczaja.. np. sportowiec, pilkarz- to jest idol. Biega za pilka i dostaja gruba kase. Ale biegac za darmo?" (Tu zawiesza glos...) .."a mozna bylo, ale kiedys, gdy byly inne czasy"- i tu cos z rozmarzeniem na twarzy wspomina o jakims zakurzonym medalu sprzed lat..
Na nocleg upatrujemy sobie gorke calkowicie porosnieta jalowcami. Jakos wyjatkowo kocham jałowce, zarowno ich wyglad, zapach wygrzanych krzaczkow oraz smak w jałowcowce :)
Pamietam ze kiedys byly niezliczone ilosci tych krzewow np. w Beskidzie Sądeckim czy Gorcach a ostatnio widzi sie je coraz rzadziej.
W miejscu gdzie postawilismy namiot niestety zapachy jalowcowych wygrzanych łąk tłumi jakis mniej sympatyczny zapach- jakby czegos co zdechło.. Rozwazamy zatem czy nieopodal,pod gestymi galeziami swierkow, nie lezy przypadkiem jakas pastereczka?Ale ogolnie trzymamy sie teorii ze podobny zapach wytwarzaja tez niektore grzyby- i wlasnie one zapewne gdzies tu niedaleko rosna!!!
Rano idziemy do kapliczki na przeciwleglym zboczu. Nie prowadzi do niej zadna droga, nawet sciezka.
Obok znajduje sie zrodelko, sa nawet schodki i kubeczek.
Ciekawie wygladaja filary na ktorych wspiera sie dach kapliczki- maja wybite jakies numery i wygladaja bardzo podobnie jak przęsła mijanego wczoraj mostu.
Swiete figurki sa przystrojone jakimis łancuszkami, koralikami, apaszkami- wyglada jakby byl tutaj taki zwyczaj-wiec i ja zostawiam jedne z moich koralikow.
We wsi nie mozemy dlugo znalezc magazinu- nic dziwnego- sa dwa ale wygladaja jak zwykle chałupy, nie maja zadnego szyldu. Rozsiadamy sie pod drzewem wsrod spacerujacych kur i wdajemy w miła pogawedke z dwoma babkami czekajacymi na marszrutke.
Starsza wspomina okolowojenne czasy jak z Jabłunki bylo widac łuny płonacych bieszczadzkich wsi- o tam! za gorka, tam noc nie zapadala tygodniami...Jej mąż sluzyl jeszcze przed wojna w polskim wojsku. Mimo, iz zawsze uwazal sie za Ukrainca ,chetnie spiewal polskie piosenki wojskowe i partyzanckie. Druga babka z duma przyznaje sie ze napewno ma polskie pochodzenie - o czym swiadczy nazwisko- Rozłucka
Jak jestesmy w sklepie probuja podnosic nasze plecaki. Najbardziej dziwuja sie karimatom- nie moga uwierzyc ze to nasza "posciel".
Babki wspominaja takze o festynach odbywajacych sie na terenach nadsańskich opuszczonych wsi- Sokoliki, Tarnawa, Łokieć, Dydiowa..Ponoc zjezdzajac sie od czasu do czasu dawni mieszkancy, ich potomkowie , sympatycy i imprezuja wsrod szumiacych traw. Odbywaja sie tam takze msze swiete pod zachowanymi krzyzami oraz jakies historyczne odczyty, spiewy czy wspomnienia wysiedlonych. Problem taki jedynie ,ze zadna z nich nie wie dokladnie kiedy i gdzie owe imprezy sie w tym roku odbywaja. Zadna z nich tez osobiscie w takowej nie uczestniczyla, wiec wiesci sa "z drugiej reki".
Po drugiej stronie drogi tez jest sklep wiec grzechem by bylo nie zajrzec.
Obok sklepu uroczy kibelek.
Tym razem zajezdza pod sklep mlody chlopak na koniu, na oklep. Jest wyjatkowo namolny i męczacy. Probuje nam cos doradzac, straszy nas straza graniczna. Wkurza sie jak nie chcemy mu pokazac dokumentow , obiecuje ze na nas gdzies doniesie. Chce nas wozic na koniu, dziwi sie ze mamy takie cieple buty w upalny dzien i nie chce wierzyc ze jestesmy Polakami. Zachowuje sie jakbysmy mu wygladali na jakis Kirgizów, ktorzy planuja wlasnie czmychnac przez zielona granice na zachod a pod sklep przyszlismy tylko po to aby uspic czujnosc praworzadnych mieszkancow wioski. Bardzo sie cieszymy jak dopija piwo i odjezdza...
Na dalszej drodze widzimy ladna cerkiewke
a przy niej zapoznajemy sympatyczna babke. Marija maluje wlasnie plotek wokol grobu swoich rodzicow. Mieszka w Drohobyczu i bardzo nas tam zaprasza. Bardzo sie martwi, ze nie moze nas zaprosic teraz do domu i nakarmic obiadem. Jej corka pracuje w Polsce. Ona tez sporo czasu spedzila na Dolnym Ślasku. Jezdzila na zarobek do masarni w Trzebnicy i od tego czasu nie przepada za miesem. Dokladnie wie gdzie jest Oława- odwiedzala znajomych pracujacych na dobrze mi znanej plantacji szparagow w Ścinawie. Wymieniamy sie numerami telefonow i obiecujemy sie odezwac jak bedziemy kiedys w Drohobyczu.
Kawałek dalej spotykamy najfajniejszy i najbardziej klimatyczny sklep na calej naszej trasie. Stary,duzy ,drewniany dom pachnacy wygrzanym drewnem i impregnatem jakowyms- tak jak potrafia pachniec jedynie stare cerkwie albo podklady kolejowe w upalny letni dzien. Zapach ten łaczacy sie z aromatem jakis zioł i pylistoscia okolicznego placyku daje poczucie niewypowiedzianego szczescia, radosci i postanowienia- nigdzie dalej nie ide- tu zostaje :) Mamy spory klopot bo nie wiemy gdzie sie rozsiasc- czy w chlodnym wnetrzu pelnym sympatycznych laweczek, stolikow i połek na ktorych jest powykladany swiezy chrupiacy chleb i worki o nieznanej zawartosci? Czy moze na zewnatrz, na schodkach jakby ganeczku, na wygrzanym kamieniu z widokiem na gory i sianokosy? Wybieramy wygrzana przyzbe- tak malo jest w naszym klimacie tych cieplych, slonecznych chwil...
Zapoznajemy wlasciciela sklepu- glupio mi, ze zapomnialam jak mial na imie, ale chyba Wasyl. Wraz z kolegami probuje nam wytlumaczyc, ze do Boberki najlepiej dostac sie marszrutka, a do Sambora koleja i nasze chodzenie na okolo jest totalnie bez sensu. Facet jakos dziwnie boi sie toperza. Dopytuje czy nie dostanie zaraz po gębie ze tak ze mna rozmawia, kilkakrotnie podkresla ze to tylko dla podtrzymania polsko-ukrainskiej przyjazni.
Na przyzbie spotykamy tez babcie Katje, ktora opowiada jak to za dawnych lat chodzily z kolezankami pasac krowy do Tarnawy i Sokolik. Probowaly podrywac polskich pogranicznikow. Machaly im, posylaly całusy, ale ostatecznie zadnego nie udalo sie im zapoznac. Babcia probuje zapoznac z nami swoje nastoletnie wnuczki , sklonic do wspolnej rozmowy i biesiady ,ale one nie sa tym kompletnie zainteresowane..
Skrecamy kolo cerkwi ku zachodowi, droga wznosi sie coraz bardziej pojawiaja sie widoczki.
Po drodze pytamy dziadka czy idziemy dobrze na Tarnawe. Dziadek potwierdza, ale dodaje "ale to wasza sprawa". Jakos to dziwnie zabrzmialo.. Jakby chcial powiedziec: "Idzcie gdzie wam trzeba, ale nie chce miec z tym nic wspolnego"
Mijamy łąke z bardzo zmeczonym pasterzem
Na nocleg zatrzymujemy sie na schowanej wsrod lasu polance. Akurat dzis bardzo nam zalezy na braku kontaktow z pogranicznikami. Niby do Tarnawy mozna chodzic ale po co to sprawdzacPrzychodzi do nas grzybiarz wieczorem, oczywiscie juz nas nie dziwi ze zagaduje po polsku i opowiada o pracy w Rzeszowie. Troche straszy nas wilkami, a ja od pewnego czasu wiem ze latem wilki rowniez czasem chodza watahami...



Odpowiedz z cytatem