Racja, wszystko jest względne;-)
Heniu! W antrakcie miłe i pożądane są rozmowy kuluarowe:))
Tymczasem w tle brzmi „La donna e mobile”;-)
Po pierwszej radości na widok prawdziwego gorganu, przyszedł czas na zmierzenie się z rzeczywistością a potem na ciężką walkę o przetrwanie;-) Po kwadransie miałam dość, a po godzinie zdecydowanie czułam, że tego nie lubię (proszę mi o tym przypomnieć, jak znów zachce mi się jechać w Gorgany;-)) Zaprawdę nie był to mój żywioł, nie podobało mi się fikanie po tym przeróżnie ukształtowanym i nieprzewidywalnym grechocie skalnym. Jaskrawy żółtozielony kolor, uznałam za ostrzeżenie „nie stawaj na mnie, jestem złośliwy”;-)
Pół biedy, jak było do pokonania kilkanaście metrów, gorzej jak zapowiadał cały grzbiecik.
Różne strategie stosowałam: szybko i zamkniętymi oczyma lub powoli, na czworakach, z kijkami w zębach (wtedy przynajmniej bez niecenzuralnych słów;-). Bywało, że stawałam z silnym postanowieniem, że już ani kroku w przód ni w tył nie zrobię)
Jednak Syniak w sumie jakoś bezboleśnie przeszliśmy, natomiast Mały Gorgan – właśnie ten dał mi popalić. Nie dość, że wbrew nazwie wyglądał jak wielka pogruchotana kupa kamieni, to jeszcze wyprowadził nas w maliny;-)
Na szczęście, poza tym co pod nogami, można było zerkać na boki i chwilami spoza mgły wyłaniały się widoki. Odsłaniał się w dolinie Bukowel, wraz ze swoimi, olbrzymimi stacjami narciarskimi (nie twierdzę, że było to śliczne). Pokazywały się na krótko okoliczne górki - to było ładne i malownicze![]()
Jednak kamienie mocno nas wciągały. Intrygowały wielkością, formą, ułożeniem. Oraz te ustawione ręką ludzką, w czasie wojny – były to chyba stanowiska strzelnicze i te obecnie ustawione przez turystów – magiczne stosiki, figury.
Jakoś tak nas to zwiodło, że szlak nam zniknął i utknęliśmy w skamieniałym, zielonym morzu. Opcja zawrócenia została odrzucona, wobec tego zaczęliśmy schodzić w kierunku możliwego noclegu i również słońca, które wyjrzało na koniec dnia.
Ostatnim pocieszeniem były limby, na które od dawna polowałam i które mam nadzieję, naturalnie wyrosły. Osiągnęliśmy piętro lasu i zaczęło się gwałtowne spadanie. Całkiem niekontrolowane. Przy drugim zjeździe z poplątanymi kończynami i wygiętym kiju byłam mocno zła;-). Jednak strzykające, odgięte dziwnie odnóża mnie tak nie zmartwiły, jak nowiutki, skrzywiony kijek! Moje pierwsze w życiu kije!;-)) I jeszcze raz zjechałam, wygrzmociłam głową w pień, aż szyszki pospadały, wtedy ryknęłam niczym jeleń na rykowisku;-) Obiektywnie rzecz biorąc sytuacja niewiele się zmieniła, ale mi pomogłoNiczym ofiara wojny (losu;-), zeszłam na tyły frontu, pozwoliłam się asekurować i karaskałam się powolutku aż na sam dół, w maliny, mniam
I zaczęło robić się optymistycznie.
Minęliśmy szałas i zagrodę dla bydła. W dolinie pojawiła się droga.
I tą drogą szliśmy, szliśmy...Jak dla mnie, już dawno powinna się skończyć;-)
Nie było ciężko, ale już chciało się usiąść, odpocząć, zjeść i zasnąć...
Dla urozmaicenia, czasem pojawiał się stary żółty szlak, czasem nowy.
Jak uczepiliśmy się tego nowego, to nam zaraz przepadł wraz z drzewami na wyrębie, potem zaś mignął i znów znikł w korycie potoku. Zaczęło się zmierzchać i zdecydowaliśmy się na obóz, w takim wąskim miejscu na górce, w widełkach dwóch potoków. Nie my jedni wpadliśmy na ten pomysł, bo poprzednicy zostawili ślad po ognisku oraz inne udogodnienia
Ależ ta woda szumiała w nocy...



Odpowiedz z cytatem