Mieliśmy dotrzeć do Połoniny Ruszczyna, jednak zmogło nas wcześniej. Postanowiliśmy rozbić się na Przełęczy Pereniz. Jeszcze należało zdobyć wodę. Dzienne kilkulitrowe zapasy zostały zużyte.
Zrzuciliśmy wszystko w krzaki i ruszyliśmy w dół na poszukiwanie źródła. Pomogli nam robotnicy leśni, ale nie tak od razu;-) Zbierali się do drogi wypalając ostatniego papierosa, załadowane drewnem maszyny czekały na zjazd. Dygnęłam grzecznie i spytałam, czy gdzieś tu nie ma wody (z mapy wyglądało, że powinna być). Panowie popatrzyli po sobie, popatrzyli na mnie, zaciągnęli się mocno dymem.
Niczym w kalamburach odegrałam całą scenkę z butelką, piciem i że już padam z nóg.
To już zrobiło nieco większe wrażenie, bo całkiem jasno i wyraźnie skierowali mnie na Ruszczynę;-)
Niech idę kawałek pod górę a za jakieś pół godziny wody będzie pod dostatkiem.
Tym razem do gestów dołączyłam żałosne jęki. Poddali się:-) Dokładnie wytłumaczyli, że zaraz za zakrętem znajdę źródło tryskające ze skały i napiję się do woli. Pięknie podziękowałam a maszyny za chwilę serpentyną zsuwały się w dół. Owa tajemnica „miejsca wody” za chwilę się wyjaśniła. Idąc do źródła, trzeba było minąć tymczasowy obóz robotników, gdzie mieli pozostawione swoje rzeczy. Chyba nie bardzo chcieli, żeby ktoś się kręcił obok obozu. A woda była przednia!
Można było zjeść gorącą kolację.
Na krawędzi snu usłyszałam silne dudnienie kopyt i rżenie „Kurcze! chyba te galopujące konie zobaczą namiot...?” Była pełnia, miałam nadzieję, że nie stratują nas po drodze. Ścianki materii, co za iluzja bezpieczeństwa. Spałam jak mysz pod miotłą.


Odpowiedz z cytatem