W tym roku minęło 30 lat od mojej pierwszej wizyty w Bieszczadach. Był to też pierwszy od b. dawna sezon, w którym tam nie pojechałem.
Nie obraziłem się i jeszcze wiele razy wrócę, ale omijając miejsca "rozwojowe" - nowe niby pensjonaty, baro-restauracje itp. Z przykrością
obserwuję jak bieszczadzcy decydenci marnują potencjał miejsca. Rozwój jest chaotyczny, nie widać w nim żadnego pomysłu.
Wygrało myślenie: "Nie ma ludzi - to dajmy zgodę na więcej knajp, pensjonatów, wyciągów narciarskich".
Pewnie nikt z nich nawet nie zauważył, że skutkiem takiej polityki z Bieszczadów już zniknęli turyści z Zachodu,
którzy przyjeżdżali w latach 90., przyciągnięci legendą o nieskażonym zakątku Europy.
Decydenci nie potrafią wyjść poza utarty schemat rozwoju i wykorzystać wyjątkowości miejsca do stworzenia czegoś wyjątkowego
- miejsca dla przyrodników, plecakowiczów, rowerzystów wszelkiej maści (xc, dh, fr, enduro), artystów (nie mylić z pijakami z dłutem
w ręku), medycyny alternatywnej, ale na poziomie. Do czegoś takiego potrzebny jest mądry plan inwestycyjny dla całego regionu i
współpraca rozmaitych instytucji i mieszkańców. Wielka to rzecz, ale bez tego Bieszczady nie będą się za jakiś czas różnić od zarżniętego
Podhala i zostaną weekendowym miejscem wypadowym dla "dobrze zarabiających" imprezowiczów z Przemyśla czy Rzeszowa.


Odpowiedz z cytatem