Meg, a dlaczego w Bieszczadach musi być tak, jak w Zakopanem? Biesy dzikim chaszczem już nie są, i raczej nie będą, chyba że przeżyją one kolejny kataklizm w rodzaju wojny domowej i wysiedleń z lat 1944 - 47. Przedzieranie się z maczetą czy siekierą to były lata 50. i 60/XX, obecnie to już historia - podobnie jak stan regionu z okresu międzywojennego. Tu nie chodzi o to, żeby wtórnie dzicz zaprowadzić, tylko chronić to, co jest - odrębność przyrodniczą i krajobrazową regionu, rozumiane jako wartość. Postulaty rozbudowy infrastruktury i podnoszenia standardu sprawią, że będzie tak samo, jak wszędzie - takie same domki, takie same pensjonaty, takie same knajpy, taka sama architektura, takie same tłumy na szlakach. I wtedy mało kto tu przyjedzie. Bo standard, nawet jak będzie taki jak w Tatrach czy Alpach, to nie wszystko - wtedy okaże się, że Tatry i Alpy są wyższe, mają ładniejsze krajobrazy, oferują nieporównywalne możliwości w zakresie turystyki narciarskiej, nie mówiąc o wspinaczce itp. A Ci, którzy lubią samodzielność i swobodę na trasie wędrówki (nie dzicz; jak już napisałem, nie ma tu już dziczy, a i traperów-hardsurwiwalowców jest wśród turystów niewielu), przeniosą się gdzie indziej, bo dla nich nie będzie miejsca w tłumie szpanerów, lansjerów i sybarytów odurzonych piwskiem - turysta-trekingowiec w ubłoconych butach i z "garbem" na plecach będzie wytykany palcami, jak ja parę lat temu na zakopiańskich Krupówkach w majowy weekend. I wtedy kicha, i narzekanie, że sezon był słaby.
Nieszczęście Bieszczadów polega na tym, że większość tych którzy tam inwestują czy chcą inwestować, czy też osób odpowiedzialnych za strategię rozwój, rozwój, politykę przestrzenną, urbanistykę itpd pojmuje rozwój w kategoriach XIX w., jak w polskich dużych miastach: więcej, szybciej, wygodniej. Więcej domów, więcej hoteli, najlepiej drogich, więcej knajp, dyskotek. Do tego narzekania części odwiedzających region, że tu "nic nie ma": nie ma spa, nie ma basenów termalnych (kurde, jakżeż w ogóle bez tego można o turystyce myśleć?), nie ma się gdzie schlać, zaimprezować, i porównywania z kurortami na wybrzeżu Bałtyku czy Adriatyku. Jak można w ogóle góry z kurortami nadmorskimi porównywać? Może ktoś, kto jest w wojewówdztwie podkarpackim odpowiedzialny za planowanie strategiczne w obszarze turystyki, powinien wreszcie przyjąć do wiadomości - i następnie ogłosić to wszem i wobec w materiałach promocyjnych województwa - że tu nie jest kurort z dyskotekami, imprezowalniami, ochlajem i rwaniem lasek na deptaku czy w kinie, tylko góry - teren do kwalifikowanej turystyki pieszej, rowerowej, konnej? Z namiotem, mapą i kompasem, choć bez siekiery i maczety? Tylko tyle, i aż tyle? Może warto wykorzystać zalety regionu i skonkretyzować target, czyli grupę docelową, a nie skupiać się tylko na liczbach, żeby przyciągnąć jak najwięcej? Może warto określić, jaki duży będzie taki ruch turystyczny, i ile mniej więcej potrzeba do jego obsługi noclegowni, imprezowni i knajp? I powiedzieć reszcie prosto w oczy - sorry, ale nie wyżyjecie tu z tego, szukajcie sobie innego miejsca na biznes, bo tu to nie jest i nie będzie biznes, tylko bezsens? Zwłaszcza tym nowym, napływowym? Może warto stworzyć program zachęcający i wspierający miejscowych, tych zasiedziałych w górach od lat powojennych, żeby inwestowali w obsługę ruchu turystycznego, a zarazem zniechęcać napływowych byznesmenuf z dużych miast - niech sobie stawiają swoje takiesamejakwszędzie hawirki gdzie indziej? Bo tak, jak teraz, to Bieszczady w kilkanaście lat upodobnią się do Podhala - wszędzie pełno domów, wszędzie pełno ludzi, na szlakach procesje i kolejki "ceprów", nie da się splunąc by nie trafić w domek. W Biesy jedzie się po to, by powędrować, pobyć bliżej natury, posłuchać szumu wiatru, ryku jeleni, zobaczyć trop wilka czy niedźwiedzia w błocie, i nie widzieć przez cały dzień żywego człowieka na szlaku poza sobą i towarzyszami wędrówki, a nie po to by kąpać się w basenach termalnych, korzystać ze spa, chodzić do dansingów, muzeów, kin i kasyn. Jak ktoś chce tego wszystkiego, to niech jedzie do kurortu. Jak się chce zażyć hazardu, jedzie się do Las Vegas albo Monte Carlo. Jak się che ciepłego morza, to Riviera, Hurgada albo Adriatyk. Jak się chce w wysokie góry, to Nepal. A ja odnoszę wrażenie, że wielu ludzi najchętniej widziałoby w Biesach to wszystko w jednym. Bieszczady nie są kurortem i nie powinny nim być - jak będą "dziwką do wszystkiego", to będą zupełnie do niczego. Czy to tak trudno zrozumieć? Że siłą może i powinna być odrębność, oryginalność, wyjątkowość, mądrze wykorzystana i chroniona? Specjalizacja, marka, brand - a nie uniformizacja pod każdym względem i za wszelką cenę?


Odpowiedz z cytatem