Przed wsia zwracaja uwagę pamiatkowe tablice dwoch chlopaków. Ponoc mieszkali w Dżucie i zgineli w Abchazji. Obok tablic przeplywa potoczek. Leżą kieliszki i resztki jedzenia.





W Dzucie Nukri sie rozsiada z piwkiem, bedzie na nas czekal. A my suniemy w boczna doline prowadzaca do masywu Chaukhi. Poczatkowo chcemy dotrzec do lodowca. Potem okazuje sie jest on daleko i nie jest chyba az tak imponujacy jak ten pod Kazbekiem. Wyglada jak łacha sniegu. Zatem nacieszymy sie urokliwa dolina, pelna skalistych i poloninnych gor.





Zwraca uwage ogromna ilosc pluszczacych potoczkow, ktore wypelniaja cale powietrze zapachem swiezosci, wilgoci i rzeskiego poranka.





Gdzies na sąsiednich szczytach pasą sie stada koni





Wszedzie pasa sie cieleta. Jest ich chyba z kilkadziesiat. Sa wyjatkowo puszyste i kudlate. Jedno z nich z apatytem oblizuje mi ręke. Ma bardzo sympatyczny szorstki jęzorek.







Odnajdujemy przypadkiem malutkie gorskie jeziorko. Jest bardzo głebokie i ma niesamowiscie czysta i przejrzysta wode. Poczatkowa chec kąpieli szybko gasnie po wsadzeniu do jeziorka nóg. Jest tak upiornie zimne, ze snieg lezacy w zimie zdaje sie byc symbolem czegos cieplutkiego. No ale nie ma sie co dziwic, do jeziorka wplywa potok plynacy prosto z lodowcow.







Na srodku trawiastej doliny leży kilka ogromnych głazów o wyjatkowo rownych krawedziach.





Zalujemy , ze nie zabralismy namiotu aby sobie pobiwakowac w tej pieknej dolinie. Nie chce sie wracać, co chwile przysiadamy na kolejnym pagorku albo nad jednym, to nad drugim i dziesiatym potoczkiem.