Wies Dzuta to platanina, istny labirynt podworek, bydlecych sciezek i ogrodkow.
Kluczymy wiec miedzy domami i szopkami probujac zejsc do drogi a nie w głeboki wąwoz. W pewnym momencie jakis facet biegnie za nami i cos pokrzykuje. Poczatkowo myslimy, ze chce nam pokazac droge, albo przegonic ze swojego podworka. On natomiast nas mija, wpada na podworko i uwiazuje psa. Pies jest wielkosci sporego cielaka..
Gdy wracamy , Nukri opowiada nam historie sprzed kilku lat. Byli u niego turysci, Litwini. Przyjechali terenowka marki chrysler, ale z jakis, tylko im znanych powodow nie mogli tym samochodem wrocic. Twierdzili, ze auto moze sie popsuc a oni musza szybko wrocic do domu, najlepiej samolotem. Samochod zostawili Nukriemu. W ramach zaplaty zażądali psa- prawdziwego owczarka kaukaskiego. Nukri znalazl w Tbilisi u znajomego odpowiedniego szczeniaka, nawet z rodowodem. Zalatwil weterynarza, pozwolenia na przewoz przez granice. Psiak pojechal na Litwe, chrysler zostal w Gruzji ze wszystkimi papierami. Auto jest w pewni sprawne. I nikt nadal nie zna przyczyn dziwnego zachowania Litwinow. Moze sie cos wyjasni gdy Nukri bedzie probowal auto sprzedac?
Opowiada nam tez smutne historie swoich znajomych, ktorzy musieli zostawic swoje domy i groby przodkow po osetyjskiej stronie. A ponoc dla Gruzina najgorsze jest nie moc odwiedzac grobu bliskiej osoby... Zwlaszcza zal mu jednego ze znajomych- Gogiego. Facet cale zycie marzyl aby zamieszkac na wsi. Pracowal w Tbilisi i wszystkie oszczednosci i czas poswiecal malemu, slicznemu domkowi w gorskiej dolince. Planowal tam osiasc na emetyturze. Na emeryture przeszedl w czerwcu 2008. Niedlugo pozniej Osetia Poludniowa przestala byc dla Gruzinow dostepna. Gogi siedzi wiec w Tbilisi i nie bardzo wie co ze soba zrobic.. Nawet nie wie czy ktos mieszka w jego domku, oraz jaki los spotkal wymyslna tame na potoczku, zrobiona tak aby tworzyla jeziorko..
A nasza droga powrotna wije sie przez malownicze wioski
Wieczorem w Kazbegi jest koncert. Mówia, ze ma byc to narodowa muzyka gruzinska. Poczatkowo ją nawet troche przypomina. Dziewczyny krzyczace cos na cale gardlo do mikrofonow mają nawet ludowe stroje i bębenki.
Potem jednak zaczyna sie regularna łupiąca dyskoteka z angielskojezyczna mieszanina disco i techno.. :(
Wyjezdzamy z Kazbegi. Dzis pogoda duzo lepsza niz mielismy w tamta strone wiec i widoki na Gruzinskiej Drodze Wojennej sa nieporownywalne.
Po drodze mijamy zbiornik i twierdze Ananuri.
W Tbilisi pytamy na dworcu o marszrutke do Szatili- faktycznie jest jutro o 9. Wyruszamy zatem na poszukiwania hoteliku kolo stacji metra Samgori. Mamy na jego temat bardzo szczatkowe informacje. Ktos kiedys napisal na forum kaukaskim w temacie "Noclegi odradzane"- "Noclegownia robotnicza dla handlarzy z bazaru. Pokoje zamykane na kłodke. Brak prądu". Nie sposob oprzec sie takiej reklamie i nie odwiedzic tak ciekawego obiektu! Wysiadamy na odpowiedniej stacji i rozpoczynamy poszukiwania. Niestety wszyscy bezładnie rozkladaja ręce. Ktos kieruje nas do pobliskiego hotelu "Elit" ale to nie jest to miejsce ktorego szukamy. Rozpytujemy dalej.. Kluczowe okazuje sie stwierdzenie: "To nie taki hotel dla turystow. Tam spia ludzie z bazaru". Mlody handlarz przyglada nam sie ze zdziwieniem (pewnie rozwaza czym handlujemy, ze przenosimy to w takich dziwnych plecakach) i wskazuje nam kierunek. Chyba tym razem sie udalo, bo faktycznie wzdluz ulicy rozlozyl sie ogromny bazar. Szukamy 4 pietrowego budynku, bo hotelik ma sie miescic na ostatnim pietrze. Sa jakies budynki ale wygladaja po pierwsze na przemyslowe a poza tym na opuszczone..
Mijaja nas z piskiem opon rozpadajace sie łady i wołgi, z ktorych dachowych bagaznikow sypie sie cebula i pomidory. Aromat powietrza wybitnie wskazuje ze jestesmy juz na peryferiach miasta. Jest dobrze, jest wrecz rewelacyjnie! Ale jakos nie widze gdzie by tu mozna zanocowac? I nagle widzimy, ze jedna z przemyslowych hal przechodzi w budynek mieszkalny! Jest!!! Jest tabliczka "Hotel Mze". Pniemy sie w gore slimakiem klatki schodowej o stopniach wygryzionych przez czas.
Obsluga mowi wylacznie po gruzinsku. Tzn wtracaja czasem rosyjskie liczebniki. 20 lari za dwoje? charaszo?.. To slowko babka tez wplata co chwile w potok gruzinskich slow, chyba dla podkreslenia, ze rozmowa ma charakter miedzynarodowy, bo na poprawe komunikacje wplywu to raczej nie ma. Jakos na migi udaje sie nam wytlumaczyc, ze nie chcemy apartamentu z telewizorem i pokojem wielkosci boiska futbolowego. Babka prowadzi nas na ostatnie pietro, ktore bedziemy dzielic chyba tylko z azerskimi handlarzami. Niestety juz nie udaje nam sie wytlumaczyc, ze nie chcemy pokoju lux tzn. ze zlota klamka zamiast kłodki i szyba w oknie zamiast kartonu.
Nasza złota klamka:
Inne pokoje są tak zamykane:
Dostajemy najlepszy pokoj w korytarzu a kilka babek zaraz sie rzuca go zamiatac i zmieniac posciel. Dowodzaca hotelem mruczac pod nosem "charaszo charaszo" oddala sie gdzies z toperzowym paszportem.
Oczekujac na zwrot paszportu odkrywamy kilka ciekawostek w pokoju. Po pierwsze jest prąd. Gniazdko elektryczne nie jest osadzone w scianie tylko dynda na kablu.
Zaslona wisi na ciekawym karniszu. Tworzy go gruby, metalowy, żłobiony pręt. Taki sam przechodzi tez przez drugą scianie gdzie nie ma okna. Na rure to nie wyglada- predzej na jakis kawalek konstrukcji budynku.
Odzyskujemy paszport i i dziemy zwiedzac okolice. Zaczynamy od apetycznego bazaru. Czego tu nie ma!! Pod warzywami i owocami uginaja sie stoły. Mnogosc i ogrom stoisk z pysznosciami jest wrecz przytlaczajacy. Mam wrazenie , ze zaraz nadgryze sobie język.
Nabywamy trzy rodzaje winogron: zielone, czarne i takie dziwne- o gruszkowatym ksztalcie, zielone jakby w czerwone paseczki i plamki.
Kupujemy tez czosnek, cebule, wianuszek suszonych czuszek, pomidory, marynowane papryczki. Część zakupow dostaje za darmo "w prezencie dla przyjaciol z Polski". Wszystko pachnie niesamowicie, zwlaszcza sektor zielenin :pietruszki, ogromne kopry czy inne salatopodobne, marszczone liscie. Specyficzny zapach roznosi sie tez wzdluz ogromnych stolow wypelnionych wiadrami i miednicami pelnymi mielonych przypraw. Powietrze jest tu az geste od ziolowego pyłu, ktory troche kreci w nosie a przede wszystkim powoduje napad wilczego apetytu. Na drewnianych dechach lad leża grube rybie cielska, o spasionych brzuchach i ogromnych blyszczacych łuskach. W wielkich akwariach plywaja inne rybne okazy, raźnym ruchem ogonkow podkreslajac swoja swiezosc.
Ech... Zeby z babkami z hotelu szlo sie jakos lepiej dogadac..Zapytalabym czy maja tu kuchnie a w kuchni patelnie- mozna by rybke usmazyc. Toperz wprawdzie proponuje abym narysowala na kartce kalambur rybny i wspomogla go bubowym usmiechem nr 8, ale chyba wrodzona niesmialosc staje mi na przeszkodzie.
Udane zakupy konczymy wizyta przy stole z winami. Domowy specyfik koloru bordowego ma silnie kwaskowaty smak i swietnie gasi pragnienie.


) i wskazuje nam kierunek. Chyba tym razem sie udalo, bo faktycznie wzdluz ulicy rozlozyl sie ogromny bazar. Szukamy 4 pietrowego budynku, bo hotelik ma sie miescic na ostatnim pietrze. Sa jakies budynki ale wygladaja po pierwsze na przemyslowe a poza tym na opuszczone..
Odpowiedz z cytatem