Idziemy nad rzeke i tu stawiamy namiocik. Czujemy sie troche jak na planie jakiegos westernu. Zachodzace , pomaranczowe slonce podswietla skały. Sciezką, stromymi półkami schodza krowy. Slychac pokrzykiwania pasterza i nieregularne muczenie..
Stadko bydlat zwartym sznureczkiem podążą do domu. Najpierw przez most, potem ulicami calej wsi.
Wokol rosna kłujace suchorośla, trawa pod krokami szelesci i rozpada sie w pył. Cykady czuja sie tu chyba lepiej niz na tbiliskich parapetach bo graja o wiele glosniej. Ciekawe czy tu sa skorpiony? Hmmm.. to chyba juz taka strefa klimatyczna, ze warto pamietac o zapinaniu namiotu i o wytrzepywaniu buta przed załozeniem na noge
Rano dlugo wygrzewamy sie do slonka nad rzeką.
W okolicy kręci sie jakis rybak, zarzuca wędki, potem strąca cos kijem z drzew. Caly czas nam sie przypatruje z oddali. W koncu do nas podchodzi. Juz mam wrazenie, ze pewnie bedzie mial pretensje, ze biwakujemy gdzie nie wolno, albo ze gotujemy na butli wsrod suchorosli- a on po prostu przyszedl dać nam orzechy! Nie rozumiemy co do nas mowi, ale wysypuje na karimate zawartosc wszystkich kieszeni, usmiecha sie, macha na pożegnanie i odchodzi.. I usmiecha sie jakos szerzej gdy mowimy mu "madloba" - ale niestety nic wiecej powiedziec nie umiemy..
Potem, gdy juz suniemy w strone wsi, spotykamy babuszke, ktora obdarowuje nas pomidorami, ktore wlasnie zerwala na swojej działce. Az sie nie chce wierzyc, ze w tej samej galaktyce leżą takie miejsca jak Karpacz gdzie probowali kazac nam płacic za przymierzenie czapki na straganie albo zatrzymanie samochodu na poboczu na 30 sekund..
Na naszej drodze leżą owieczki, moszcza sie w piachu, machaja ogonkami i wyciagaja pyszczki do słonca.
Czekamy na marszrutke do Gori. Mijaja nas dwie w przeciwnym kierunku i wpadaja w czarna dziure. Ludzie, ktorzy tez ponoc chcieli jechac do Gori rozchodza sie do domow albo odjezdzaja taksowkami. Idziemy na kolejny przystanek, ktory stanowią kinowe krzesełka ustawione pod drzewem.
W koncu po ponad dwoch godzinach cos przyjezdza.
W Gori idziemy zwiedzać muzeum, które stanowi ogromny betonowy pawilon podparty kolumnami, wagon kolejowy i mały drewniany domek. Ponoc tu, w tym małym domku, przyszedł na swiat Josif Wisarionowicz Dżugaszwili, który okrył sie na calym swiecie ponura sławą pod pseudonimem Stalin. Pozniej domek nakryto betonową wiatą udekorowana w sierpy z młotami.
W roznych ksiazkach, przewodnikach i relacjach pisali, ze po muzeum oprowadzają starsze babki, które z ogniem w oczach i zapałem opowiadaja o "tym najbardziej znanym na swiecie Gruzinie", omawiając dokladnie kazda makatke, fotografie czy kubeczek. W ich opowiesci czuc zadziwiajace uwielbienie albo smutek i dramatyzm gdy przytaczaja historie z czasów okołowojennych. Mozna je podpytac o ciekawostki, podyskutowac, posprzeczac sie, cieszą sie jesli ktos wykaże zainteresowanie tematem.. Tak bylo ponoc kiedys.. Ale te czasy w muzeum w Gori minely widac bezpowrotnie..
W drzwiach muzeum kasują calkiem spore pieniadze bo po 30 zl od osoby. W srodku siedzą nadęte młode panienki przekonane o swoim profesjonalizmie. Z turystami chca rozmawiac wyłacznie po angielsku, ale niestety nie potrafia.
Toperz probuje dopytac o mozliwosc rozbicia namiotu w parku kolo muzeum. Dziewczyny kompletnie nie kumaja co sie do nich mowi, albo sa oburzone , ze wogole mozna o cos takiego spytac. Domyslalamy sie, ze pewnie jest to niemozliwe od czasu zmiany personelu muzeum. No i w parku trwa jakis ogromny remont wiec i tak by nas zapewne pobudzili wiertarkami o 6 rano..
Jedna z mlodych przewodniczek prowadzi nas do wagonu i wyglasza po angielsku "To byl wagon Stalina. Zbudowano go w.. roku. Stalin tym wagonem podrozowal". Koniec zwiedzania i wykladu.
Pozniej "przewodniczka" proponuje nam, ze mozemy dołączyc do jakiejs polskiej wycieczki. Wogole mamy wrazenie, ze turysta jest w muzeum nieproszonym gosciem i przeszkadza młodym dziewczetom w odpoczynku i zabiegach pielęgnacji urody.
Polacy maja miny jakby pobyt w Gruzji byl dla nich jakas straszliwa kara za grzechy. Stojac przez muzeum wspominaja z wyraznym zniecheceniem i rozżaleniem pobyt w Kazbegi. Na Kazbek trzeba bylo isc po kamieniach i bylo zbyt daleko aby dojsc i wrocic w jeden dzien. I bylo zimno!! Gruzja ich rozczarowala!
Wchodzimy do muzeum. Uczestnicy polskiej wycieczki widzac na scianach portrety, makatki i dywany z podobizna Stalina nie kryją oburzenia. "Jak takiego zbrodniarza mozna namalowac i powiesic na scianie?", "Tyle ludzi wymordowal i zrobili mu muzeum!" I piana leje im sie z pyskow a twarze wykrzywiaja w jeszcze wiekszym grymiasie niezadowolenia.. Abstahujac od prawdziwosci oceny postaci- ale kogo oni spodziewali sie zobaczyc na scianach muzeum w Gori?"Wałęsę? Kennedy'ego?? Z jakiegos powodu przyjechali do Gori, miasta ogolnie mowiac mało atrakcyjnego.. Z ciekawych dla przecietnego turysty miejsc to jest tu tylko muzeum i twierdza.. I nie poszli na twierdze, przyszli do muzeum.. I zaplacili kupe kasy, zeby je zwiedzac.. Nikt im nie kazał tu przyjsc.. Mogli ten czas spedzic nad rzeka lub w knajpie.. Strasznie jestem ciekawa co oczekiwali tu zobaczyc?
Tracimy nadzieje, ze ktos nas oprowadzi czy opowie jakies ciekawostki- idziemy zwiedzac sami. Zniesmaczone wycieczki i huk remontowych młotow zostaje za grubymi murami. Wchodzimy do cienistych, chlodnych i duzych sal..
Ogolnie mowiac eksponatow jest malo.. Aby nie swiecily puste sciany przemycono wiele zdjec i rysunkow mało zwiazanych z tematem: przegląd poetów gruzinskich XX wieku i "faszysci w Wiedniu". Ciekawe jest porownanie autentycznych zdjec Stalina z roznych okresow zycia i dzieł artystycznych- obrazów, wyszywanek,plakatów. Widac rys podobienstwa, ale na malowidłach jest znacznie przystojniejszy i ma bardziej rozgarniety wyraz twarzy.
Oprocz zdjec z roznych okresów zycia dominują przedmioty codziennego uzytku: kubeczek Stalina, plaszcz Stalina, chusta, łyzeczka.. Jest tez papierośnica.. Przygladam jej sie szczegolnie uwaznie, analizujac kazdy kawalek. Nie ma zadnych napisow. Zdrada! Wiec albo dowcip jest nieprawdziwy albo owa papierosnica zostala nikczemnie podmieniona:
"Jałta. Wielka trójka siedzi na tarasie daczy i chwalą się swoimi papierośnicami. Roosevelt wyciąga swoją, piękną, ze srebra, pokazując wygrawerowany napis:
- PREZYDENTOWI ROOSEVELTOWI - NARÓD
Następny w kolejności - Churchill. Pokazuje swoją - piękną srebrną, inkrustowaną kamieniami półszlachetnymi z napisem:
- PREMIEROWI CHURCHILLOWI - KRÓLOWA
Kolej na Stalina. Pokazuje swoją, piękną, złotą papierośnicę, inkrustowaną kamieniami szlachetnymi, pyszną robotę najlepszych jubilerów, a na niej wygrawerowany napis:
- POTOCKIEMU – RADZIWIŁŁ"
Kazdy, najmniejszy, najzwyklejszy przedmiot jest dokladnie opisany na bialej laminowanej karteczce, po gruzinsku, angielsku i rosyjsku. Rozwazamy, jakby wziac kawalek srajtasmy, ladnie zalaminowac, podpisac identyczna czcionka :"Tualetna bumaga specjalnego przeznaczenia, Moskwa, rok 1946" i przypiac pinezka do sciany. Jak dlugo by powisialo? Czy ktos by wogole zwrocil uwage?
Przykuwaja uwage prezenty od ludu dla "wodza wolnych narodow". Jest harmoszka z opisem brylancikami oraz ręcznie malowany talerz prosto z Wałbrzycha!
Idziemy na twierdze.
Na szczycie wzgorza powiewa gruzinska flaga i jest posterunek straznikow. Czego oni tu pilnują? Kawałka murów? A moze twierdza ma znaczenie strategiczne, zwlaszcza , ze lezy tak blisko granicy z Osetia? Probuje sie dopytac mlodego straznika o mozliwosc noclegu i jak dojsc na dworzec kolejowy. Niestety mowi tylko po gruzinsku i kompletnie nie rozumie jezyka migowego czy tego co probuje mu narysowac patykiem na żużlu. Nic nie zaradzimy. Trzeba bedzie szukac miejsca na namiot gdzies nad rzeka... Wylazimy z twierdzy. Toperz znajduje na schodach zgubiony telefon komorkowy. Taki dosyc nowy i drogi. Nikogo nie ma w poblizu. warto by zadzwonic na numery z ksiazki telefonicznej i ustalic wlasciciela.. Ale spis zapewne w "robakach".. Zanosimy wiec telefon na gore do straznikow. Chce go zostawic młodemu, ale ten zaczyna sie straszliwie wzbraniac. Nie wiem czy mysli, ze to łapowka czy jak?Kłade telefon na ziemi, pokazując ze go znalazlam, ze nie wiem do kogo nalezy. Nic nie pomaga... Sytuacja robi sie dosyc napieta bo ja chce mu zostawic ten telefon a on za skarby swiata nie chce go zabrac , odskakujac co chwile do tyłu. Ostatecznie chlopak biegnie do budki i budzi starszego kolege. I nagle swiat staje sie prosty!! :) Straznik bierze telefon i dzwoni gdzies z niego. Mowi, ze oczywiscie mozemy postawic namiot w twierdzy, mozemy tu spac, a jak chcemy isc na miasto to nam popilnują plecaków. Pokazuje tez z murów w ktorej czesci miasta znajduje sie dworzec kolejowy i jak najprosciej sie tam dostac. A pociag do Borzomi mamy kolo 9.
Straznik rosyjkiego nauczyl sie w armii, sluzyl gdzies na dalekiej polnocy. Mowi, ze "młodzi to teraz jak bez ręki- ani dogadac sie nie umie, ani strzelac dobrze nie potrafi" a chlopak patrzy na nas z niepokojem bo chyba intuicyjnie wyczuwa ze o nim mowa
Chwile pozniej przybiega maly chlopczyk, zabiera telefon i gdzies z nim biegnie. Rozwazamy, ze sa trzy opcje.
1. Byl to telefon tego chlopczyka
2. Przywolali malego i dostal polecenie odniesc telefon wlascicielowi
3. Pobiegl z telefonem do lombardu i przez najblizszy tydzien straznicy maja na wodke
Latwiej w Gori odbyc seans w salonie urody albo kupic wypasny telefon (jeszcze latwiej znalezc ;-) ) niz zjesc cos cieplego. Znajdujemy jakies knajpy ale oferuja tam fajki wodne zamiast zarcia albo wyszukane wnetrza, biale obrusy i natretni kelnerzy sugeruja napiętą atmosfere i ceny z kosmosu. W koncu znajdujemy jakas niby-pizzerie, gdzie zjadamy chaczapuri. Obsluga miła, ale wszechobecne czerwone swiatlo powoduje, ze oczy bola jeszcze przez godzine.
Wracamy w strone naszej twierdzy. Rozpytujemy w sklepach o wino. Nigdzie nie ma, oferuja nam piwo, wodke, soki.. Pytamy na straganach, na ulicy, ludzi siedzacych przed domami. Nie ma. W najsmielszych snach bym nie pomyslala, ze moze byc takie miejsce w Gruzji gdzie moze zaistniec problem z kupnem wina! W koncu jedna z babuszek obiecuje nam sprzedac domowe. Wchodzimy na podworko. Cale jego cieniste wnetrze jest przykryte pergola z winorosli. Pergole tworza cztery krzewy, teraz juz drzewa o grubych pniach. Rosliny maja po 70 lat. Babuszka mowi, ze pamieta jak sadzila je z rodzicami jako mała dziewczynka. Ponoc rocznie robia 300 litrow wina, tylko na potrzeby domownikow. Po podworku przechadzaja sie dwa dorodne koty.
Milo gada sie z babcia i jej dwoma corkami. Mamy przeczucie, ze gdybysmy nie zostawili plecakow w twierdzy i tam sie nie umowili na nocleg, to bysmy juz tu zostali pod ta pergola .. Wyłazimy z dwoma pękastymi butelkami.
Z ruin zamku obserwujemy wieczorne miasto. Ciekawie wyglada uliczka, nad ktora sa przewieszone gałęzie winorosli, tak dorodne, ze nie miescily sie juz w ogrodkach i uciekly podbijac kolejne tereny.
Robi tez wrazenie dzielnica identycznych małych domkow, z identycznymi kibelkami, połozonych w strasznym zagęszczeniu. Pozniej nam ktos mowil, ze to sa osiedla dla uchodzcow z Osetii i w okolicy jest ich kilka.
Zreszta Osetia zaczyna sie chyba juz tu gdzies niedaleko.. I chyba jakis malo zaludniony jest to teren... Konczy sie Gori, potem widac jeszcze kilka wiosek pełgajacych nieregularnymi swiatełkami. Potem juz jest jednolicie ciemno az do ogromnych gor zamykajacych horyzont. Blisko juz gor, na ciemnej przestrzeni, polozonej z dala od wiosek wyroznia sie jedno miejsce. Swiatla sa tam bardzo skupione, regularne i jasno swiecace, wrecz jasniej niz niektore w centrum Gori. Czyzby jakas baza wojskowa?
Choc musimy jutro wczesnie wstac to jakos dlugo siedzimy na murach, sączac winko i obserwujac nocną okolice.
Pojawiaja sie tez fajerwerki, ktore bezskutecznie probuje sfotografowac. Babcia od wina mowila, ze jest dzis w Gori koncert jakiegos rapera, syna znanego polityka. Pewnie z tej okazji cala impreza.
Twierdza jest podswietlona i zamieszkana chyba przez setki nietoperzy. Zabawnie wyglada jak lataja w tą i spowrotem z podswietlonymi brzuszkami! :)
Juz wieczorem zaczyna mi sie jakos lać ciurkiem z nosa, ze musze go caly czas trzymac w chusteczce.
Rano budze sie z katarem, bolem glowy i gardla. Wstawanie o 6 jest ostatnia rzecza na jaka mam w tej chwili ochote.. Ale coz robic, pociag do Borżomi nie poczeka..



Odpowiedz z cytatem