Odwiedzamy tez drugie skalne miasto Vanis Kwabebi. Wciaz mieszka tu 4 mnichow. To miejsce podoba sie nam znacznie bardziej. Tu rzeczywiscie mozna odrobine poczuc klimat klasztoru wsrod skał a nie kiczowatego muzeum..










Robi wrazenie malutka cerkiewka przyklejona wręcz do skaly. Az sie nie chce wierzyc, ze da rade tam wejsc!









Oprocz skalnych wnęk i grot sa tu takze wewnetrzne korytarze. Niektore z nich są pionowe i włazi sie po drabinach. Przy drabinie czatuje miejscowy, ktory prowadzi nas dalej. Od kazdego obowiazkowo kasuje drobna oplate i wrzuca ja pozniej do skrzynki z napisem "Dobrowolne datki na rzecz klasztoru".
Jeden z mnichow daje mi kisc winogron.

Na nocleg zatrzymujemy sie w schronisku przy moscie.







Obsluga mowi wyłacznie po gruzinsku, ale zawsze w okolicy kręci sie jakis mnich ktory robi za tłumacza. Pokoj dzielimy z dwoma sympatycznymi Niemcami, ktorzy przyjechali tu niwą przez Rosje (chyba jeszcze nigdy nie widzialam niwy na niemieckich blachach :) ). Jest tez rowerzysta z Łodzi, ktory polowe nocy spi na werandzie. Wczesniej załapal sie na impreze z grupa Gruzinów. Impreza musiala byc mocna! Widzielismy wczesniej jak babki z baru sie do niej szykuja, dziesiatki talerzyków roznych pysznosci i dzbany wina przypominajace raczej wiadra! Jest jeszcze w schronisku grupa Czechów. Jeden z nich polecal mi jakas ciekawa ksiazke o swoim kraju (po polsku) ale niestety zapomnialam tytułu. Dwie dziewczyny z ich ekipy bez przerwy sie smieją, a smiech maja tak glosny i świdrujący, ze po godzinie juz wszystkich w okolicy boli głowa. (nawet barmana- a on by sie wydawalo przyzwyczajany do roznych dziwnych dzwiekow). Czesi poczatkowo planuja dzis jeszcze jechac na rowerach gdzies dalej, ale po wizycie w knajpie osiedlaja sie w niedokonczonym domku kolo schroniska.
W schronisku grasuje bardzo sprytny kot. Wynosimy go na zewnatrz, Niemcy wyciagaja go kilkakrotnie z torby z jedzeniem, wystawiaja na werende i zamykaja drzwi. Nie mija 10 minut a pod łozkiem znowu cos miauczy i zaczyna szelescic w plecaku

Koło schroniska biega kilka psów. Sa raczej przyjacielsko nastawione do ludzi i milo popatrzec jak dokazuja w grupie i sie ze soba bawia. Najbardziej zabawny jest jeden szczeniak ktoremu co chwile przydarza sie jakies nieszczescie. To wlezie w kolczaste rosliny, to spadnie z murku, to sie potknie o wlasna łape. W ktoryms momencie szczeniak znika nam z oczu na pewien czas i chwile pozniej rozlega sie strasznie żalosny skowyt dochodzacy z okolic rzeki. Inne psy biegna w tamta strone. Mija chwila a wycie sie nie konczy a raczej nasila. Ide wiec na brzeg i okazuje sie, ze szczeniak wpadł do rzeki i nie potrafi sie wygramolic na wysoką skarpe. Zimna woda i bardzo bystry nurt mu raczej tego nie ułatwiaja. Nie jestem w stanie tam ani zejsc ani dogodnie złapac psiaka bo sama wlece do wody. Kłade sie na brzuchu i jedyne co moge zrobic to złapac go za ogon albo za skóre na karku. Wybieram to drugie. Nie bylo to dla niego chyba mile bo zawyl okrutnie ale udaje sie go wydobyc na brzeg i posadzic w bezpiecznym miejscu. Acz obserwujac tego pieska przez okolo godzine wydaje sie bardzo prawdopodobne, ze nie dozyje on doroslosci i wczesniej lub pozniej to sobie jakas krzywde zrobi...





Odwiedzamy tez basen z termalna woda solankowa. Nie udaje sie nam namowic nikogo z turystow na wspolna kapiel. Natomiast bardzo lubia tu bywac mnisi z okolicznych skalnych miast. Co zagladamy do srodka to moczy sie tam jakis mnich.
Miejsce robi wrazenie troche opuszczonego. Na drzwiach wejsciowych wprawdzie wisza jeszcze tablice, po rosyjsku i gruzinsku, z opisem jakie jony wystepuja w wodzie, jaka jest jej temperatura oraz na jakie schorzenia pomaga.







Wiekszosc pomieszczen w srodku jest pusta. Widac ze kiedys robily np. za szatnie a teraz sa chyba jakimis prywatnymi skladzikami. Do pomieszczenia z basenem wchodzi sie od tyłu budynku. Jest ono dosyc przewiewne, częsc dachu sie juz zawaliła, przez dziury widac gwiazdy..






Ale rura wciaz pompuje ciepła wode do basenu. Zapach siarki i innych minerałow unosi sie w powietrzu. Miło wsadzic kuper do cieplej wody i troche poplywac, zwlaszcza w taki zimny wieczor! Spłukujemy z siebie pył sześciu dni- az od Tbilisi. Smar gruzawików i wąskotorowek, kurz pylistych drog Gór Samsarskich, pajęczyny starych twierdz...Im dluzej sie siedzi w basenie tym trudniej potem wyjsc na lodowaty swiat.











Wydaje sie, ze nietrudno by na obecnym etapie załatac dziury w dachu, nawet metoda gospodarcza, kilka desek, jakas folia.. Bez małej naprawy raczej nie wytrzyma on kolejnej zimy..Ale chyba nikomu nie zalezy specjalnie na ocaleniu tego miejsca w obecnym stanie.. Pewnie wszyscy czekaja az sie calkowicie rozpadnie by postawic tu jakis eksluzywny hotel albo SPA. Obok byl jeszcze kiedys basen zewnetrzny ale juz nie spływa do niego woda, zarastaja go chwasty i coraz wyzsza trawa..


Rano opuszczamy Wardzie i suniemy w strone wioski Tmogwi. Robimy sobie mała przerwe nad kanionem rzeki Mtkwari. Wąwóz zupelnie przypomina scenke z mojej indianskiej koszulki, ktora wlasnie suszy sie na plecaku.









Przygladamy sie od dolu twierdzy Tmogwi przucupnietej na szczycie wysokiej góry. Nie zostalo z niej duzo, a fragmenty scian i baszt zlewaja sie z pobliskimi skałami.





Wogole cale zbocza gory sa usiane jakimis murkami, basztami i innymi tworami wskazujacymi, ze jakis czlowiek kiedys przykladal ręke do ich powstania.





Ponoc w ktoryms ze zboczy byl tunel ktory prowadzil do zamku. Nie mamy czasu tak dokladnie obejrzec terenu ale udaje sie wypatrzec schody wychodzace z jakiejs szczeliny, ktory prowadza prosto do spienionych nurtow rzeki.