Żadna relacja bubowa nie bylaby kompletna gdyby sie w niej nie pojawily jakies klimaty postindustrialne. To prawda, ze Gruzja jest krajem bardzo malo przemyslowym, ale i tu udalo nam sie takowe miejsca odwiedzic. Własnie w Zestaponi zaczyna sie "manganowy szlak". Niedaleko miejsca gdzie wypadlo nam nocowac wlasnie takowa fabryka sie znajduje. Na wszystkich bramach znajduje sie symbol "Mn" wskazujacy jakiego pierwiaska przetworswem sie ona zajmowala.
[img][/img]
Poczatkowo myslimy ze fabryka jest opuszczona. Jednak wewnatrz jezdzi pociag, ciagnacy ogromne kotły i kręci sie sporo ludzi w roboczych ubraniach.
Fabryka jest udekorowana roznistymi mozaikami i malowidlami
W centrum Zestaponi tez mozna odszukac płaskorzeźby odnoszace sie do przemyslowego charakteru miasta
Idziemy w strone skrętu na Cziature i w zakolu koło wraku auta decydujemy sie złapac stopa.
Idzie nam nieszczegolnie, po godzinie wciaz tkwimy w tym samym miejscu. Wiekszosc przejezdzajacych aut jedzie tylko kawałek, tylko do nastepnej wsi, nikt nie jedzie do przełeczy a co dopiero do Cziatury.
Zagaduje nas miejscowa babka i zaprasza do domu na herbate, ktora konczy sie poczęstunkiem chlebem, serem i ciasteczkami. Przychodzi tez jej mąż i druga babka z malym chlopcem. Wszyscy sie bardzo ciesza ze spotkania, bardzo pragna kontaktu, jednak rozmowa prowadzona wylacznie po gruzinsku pozwala nam jedynie kiwac głowami , szczerzyc zęby w usmiechu i oblizywac sie na potwierdzenie, ze poczestunek nam smakuje. Żegnamy sie padajac sobie w objecia i machajac rekami na wszystkie strony.
Wracamy pod nasz wrak. Po jakims czasie zatrzymuje sie marszrutka i jakos upychamy sie tam z plecakami. Miejscowy mowi, ze jedzie ona az do Saczkere wiec sie sie dobrze sklada bo i my sie tam wybieramy.
Droga do Cziatury wiedzie w gore, w gore i w gore. Z kazdej kolejnej wioski roztaczaja sie coraz piekniejsze widoki na dalekie osniezone szczyty.
A poza tym jak zwykle, krowy, osły, kury, kaczki i domy oplecione dorodną winorośla. Zdaje sie, ze mijane wioseczki leżą gdzies na koncu swiata, a jednak w prawie kazdej jest sklep, szkoła, ludzie tłumnie gromadza sie na przystankach.
W Cziaturze jakis miejscowy zaczyna do nas pokrzykiwac, ze musimy sie przesiasc na inny autobus do Saczkere.. Szybko, szybko, musimy sie spieszyc bo zaraz odjedzie.. Zahaczam sie plecakiem o siedzenie, nie moge go wyjac, gosc coraz glosniej pokrzykuje trzymajac juz druga marszrutke za drzwi. Biegne wiec z obłedem w oczach i jakos udaje sie zdążyc. Gdy juz odjezdzamy uswiadamiamy sobie, ze zapomnielismy w tamtym busiku zaplacic za przejazd i jest nam troche głupio...
W marszrutce do Saczkere nie ma juz miejsc siedzacych. Kierowca zaraz zgania dwoch Gruzinów i nas tam sadza, bo "to nasi goscie". Starszy facet usmiecha sie do nas miło natomiast mlody wdaje sie w ostrą kłótnie z kierowca, widac ma inna wizje okazywania goscinnosci przybyszom..
Migaja nam za oknem kolejki linowe - praktycznie to z ich powodu tu przyjechalismy. Mijamy tez podupadle kopalnie i zaklady manganowe.
W Saczkere nie ma juz zadnych kolejek, o twierdzy zaznaczonej na mapie tez nikt nie slyszal. Miejscowosc jest dosc spora wiec bedzie nam ciezko znalezc dogodne miejsce na namiot. Decydujemy wiec sie wracac do Cziatury.
Stoimy juz na przystanku gdy z piekarni wybiega facet. Przedstawia sie jako Waża, mowi ze nas ugosci, pokaze okolice i mamy na niego czekac. Gdzies dzwoni, a za chwile podjezdza autem jego przyjaciel- Kola. Pakuja nasze plecaki o odjezdzamy gdzies w dal. Najpierw zapraszaja nas na piwo. Potem jedziemy na peryferie miasteczka, gdzie domki sa juz niewielkie i wszyscy sie znaja, witaja i koniecznie ucinaja sobie choc krotka pogawedke.
Zawijamy pod malutki sklepik. Waża kładzie 50 lari i zaczyna pakowac co sie da: ciasteczka, pierniczki, piwo, koniak, słone paluszki, landrynki, chleb, rybke w puszce, orzeszki, lemoniade. Jako, ze puszka rybek nie ma otwieradełka zabiera tez nóz ze sklepu.
Tak wyposazeni jedziemy na piknik "na prirodu". Rozkladamy sie na kamienistej wysepce na rzece. My skaczemy po kamieniach a miejscowi ida po prostu wbrod przez rzeke nie przejmujac sie przemoczonymi spodniami az do kolan i chlupotaniem w butach. Waża opowiada, ze tu wszedzie w okolicy biją mineralne źródla i za sajuza byly tu sanatoria.
Rozpoczynamy konsupcje pozyskanych w sklepie specjalow.
Waża pokazuje nam rozne sztuczki karciane. Najbardziej niesamowita jest dla mnie jedna. Pokazuje mi wachlarz kart i mowi zebym sobie zapamiatala jedna dowolna karte. Potem sklada wachlarz, tasuje go i wyrzuca jedna karte... Tą moja! Ki diabeł? Jak on to zrobil????? Waża twierdzi, ze byl kiedys w Australii i tam sie tego nauczyl. Koledzy mówia na niego "awstralijski żulik"
Spiewamy tez rozne piosenki, raz my, raz oni. Okazuje sie tez, ze znamy kilka wspolnych "Padmoskownyje wiecziera", "Pidmanuła", "Czeremszyna". Te odspiewujemy wyjatkowo ochoczo, az echo niesie po okolicznych dolinach!
Gdy wieczor zaczyna wpełzac w doline przenosimy sie do domu Koli.
Kola jest samotny, nie ma rodziców,dzieci chyba tez nie. Żona zmarła dwa lata temu. Wisi na scianie jej zdjecie i mam wrazenie, ze przyglada sie imprezie. Ponoc razem z Ważą czesto chodza na jej grób i biesiaduja tam przy stoliku.
Ucza mnie jak pić z rogów, ale jako ze niestety wina nie mamy, pijemy tak lemoniade.
W miedzyczasie toperz wchodzi w posiadanie noża pozyskanego od babki ze sklepu. Jest to prezent od Waży.
Sporo osob ogladajac to zdjecie twierdzi, ze z calej trojki tylko toperz wyglada na Gruzina!
Zanim kładziemy sie spac ma miejsce jeszcze dosyc zabawna sytuacja. Toperz akurat jest w drugim pokoju , ja rozwijam spiwor a tu przychodzi Waża i zaczyna mnie ciagnac za reke w strone balkonu. Pamietam, ze balkon ma lekko niekompletna podloge wiec nie chce spaść z pierwszego pietra na grzadki pietruszki, wiec sie zapieram i nie chce isc. Waża cos mowi, ale niestety pod koniec imprezy zaczal wplatac juz tyle gruzinskich slow ze przestalam go rozumiec. Zgłupiał czy co? gdzie on mnie ciagnie? Ciągnie mnie coraz mocniej, ja sie wyrywam, juz nawet przychodzi mi do glowy, zeby zaczac sie drzec, moze toperz przyjdzie na pomoc. Jak sie okazuje na balkonie na poreczy balkonu rozsiadly sie dwa piekne puszyste koty, a Waża chcial mi je pokazac, bo wczesniej mowilam, ze bardzo lubie koty!
Ukladamy sie do snu na skrzypiacych metalowych łózkach, pod czujnym okiem dziesiatek małych ikon na domowym ołtarzyku.
![]()


Odpowiedz z cytatem