Kolejnego dnia jedziemy do Mcchety.To chyba najcieplejszy dzien z calej naszej wycieczki- jest chyba z 50 stopni! Zwiedzamy tamtejsza cerkiewke.







W srodku ma miejsce jakis specyficzny obrząd.



Idziemy tez na twierdze, na jej zboczach rosna dziwne rosliny- cos jakby skrzyzowanie trawy i kaktusa.






Rozglądajac sie z twierdzy z radoscia stwierdzamy, ze nie musimy wracac do miasta, jest drugi most, a raczej grobla ktora mozemy pokonac rzeke. Poczatkowo mamy plany aby pomoczyc sie w rzece, jedna im blizej podchodzimy tym bardziej jej zapach zaczyna przypominac śląskie ścieki ktore pamiatam z dziecinstwa.



Suniemy w strone Dżwari, cerkiewki polozonej na szczycie góry. Według tradycyjnych źródeł Święta Nino, która nawróciła Gruzję na chrześcijaństwo, zatrzymała się tu własnie na modlitwę, na najwyższym wzniesieniu Mcchety i postawiła na nim krzyż. Z daleka miejsce sie wspaniale prezentuje.







Od twierdzy musimy isc wzdluz autostrady. Idzie sie ogolnie mowiac beznadziejnie. Co chwile pęd powietrza od przejezdzajacego tita zrywa czapke z glowy albo co gorsza sypie kamieniami. Probujemy obejsc polem ale tam chca nas zjesc wsciekle psy.. No to chyba wole juz tiry..

Na gore wpełzamy stromym zboczem, z ktorego otwieraja sie coraz ladniejsze widoki na Mcchete i cala okolice







Po drodze urocze zrodelko w cienistym lasku. Akurat skonczyly sie nam wszelakie napoje wiec rzucam sie na zrodelko jak smok wawelski. I tylko donosne siorbanie niesie sie po okolicy. Toperz zwraca uwage ze woda z owego zrodelka jest jakas podejrzanie ciepla.. Faktycznie- zwykle zrodlana woda jest lodowata! Nie wiem na ile rzeczywiscie zrodelko mialo cos z tym wspolnego, ale od tego momentu oboje z toperzem mamy problemy z żoladkiem, nie jakies powazne ale ciagnace sie jeszcze z tydzien. Wiec ogolnie jesli ktos bedzie korzystal z tego wodopoju to polecam wieczorem wypic duzo czaczy celem "odkazenia"



Cerkiewka Dżwari robi na nas jakies bardzo nerwowe i nie za przyjemne wrazenie. Cala okolica to jeden wielki parking i tłum. Wnętrze cerkwi mało przypomina obiekt sakralny, raczej krzykliwy sklep z pamiatkami. Wszedzie chodza przewodnicy i cos glosno opowiadaja. Drzwi cerkwi sa oblepione rysunkami czego nie wolno (kobietom wolno palic i wnosic broń)



Opadaja nas tez stada straszliwie nachalnych żebraków, ktorzy prawie czepiaja sie ubran i wołaja "money, money"

Widok z gory potwierdza nasze najgorsze przypuszczenia- nie ma zadnego dodatkowego mostu ani nawet kładki aby wrocic do Mcchety. Trzeba albo znow wracac godzine wzdluz autostrady do wiaduktu i do grobli kolo twierdzy albo przekicac przez kilka ruchliwych rozjazdow autostrady i isc naokolo do mostu. Cokolwiek zrobimy nie zdązymy dojsc do Mcchety przezd zmrokiem.. Hmmmm.. ciekawe do ktorej godziny jezdza marszrutki do Tbilisi? Chyba przemieszczanie sie pieszych miedzy Mccheta a Dzwari nie bylo nigdy brane pod uwage.. Przez chwile rozumiem co moze czuc żaba , dla ktorej nie ma zbyt czesto przepustow pod autostrada...
Żadne marszrutki nie dojezdzaja tu pod Dzwari... Ciekawe wiec jak tu dodarly te stada żebrakow? Babuszki, beznogie kaleki, matki z dziecmi? Nie widze, zeby szli tą stromą trasa od autostrady... Swoimi autami przyjechali? Albo ktos ich tu musial przywiesc i kolektywnie wystawic na zarobek..

Probujemy zatem złapac stopa, niezaleznie w ktora strone, grunt zeby do jakiegos normalnego miasta lub wsi. Wszystkie mijajace nas auta sa jednak wypelnione po brzegi pasazerami, dopchane po dach dziecmi, psami i bagazami.. A czas plynie i slonce coraz nizej... W koncu zaczepiona na drodze parka, wygladajaca na faceta z kochanka decyduja sie nas zawiesc do Mcchety.

Kolejnego dnia juz sie staramy nie oddalac z Tbilisi, bo jak sie zepsuje autobus albo co innego nas zatrzyma to nam zwieje samolot i bedzie niewesolo. Idziemy wiec na twierdze Narikala, skad roztacza sie fajny widok na cale miasto.