Zdjęć jeszcze nie rozładowałam z aparatu, ale mogę napisać swoje wrażenia.
Wyjechaliśmy już w czwartek około godz. 11.30 z Bielska, gdzie umówiłam się z Hermanem, po drodze wstąpili po moją koleżankę Magdę do Wilkowic.
Po drodze chyba już tradycyjnie wstąpili na obiad na przełęczy Gruszowiec do "Baru pod Cyckiem" - polecam - tanio i smacznie.
Ponieważ w samochodzie było dwóch przewodników, więc udało się nam zabłądzić, wyjeżdżając z Nowego Sącza. Zorientowałam się ze jest coś nie tak, gdy ujrzałam drogowskaz "Mochnaczka".
Wróciliśmy i potem pojechaliśmy skrótem (na koniec wąską i stromą drogą po płytach) , aby ominąć Nowy Sącz i chyba była to słuszna decyzja, gdyż od strony Nowego Sącza ciągnął sznurek samochodów.
Na miejscu pod tablicą parku krajobrazowego byliśmy około 18.15, trochę przepakowaliśmy się i wyszli do góry około 18.45. Na Cyrlę chodze zwykle skrótem przez przysiółek Makowica - droga znacznie przyjemniejsza niż szlakiem.
Magda i Herman tak mnie poganiali, ze u góry w schronisku byliśmy już około 19.45, a spotkali tam tylko Piotrka z Żoną no i oczywiście gospodarzy.
Potem stopniowo docierali inni - między innymi Buba, Toperz również z wielką radością powitaliśmy Mania.
Przystąpiliśmy do oglądania na dużym ekranie filmu Vetikal (Pion) z Wysockim [z polskimi napisami].
Przyznam że z powodu spożywanych napojów w drugiej części mniej zwracałam uwagi na treść filmu (dość banalną) a za to więcej na śpiewane piosenki (no i np. na to, że w huraganowym wietrze i mrozie bohaterowie chodzą bez czapki).
A potem zaczęły się śpiewy i hulanki, krążył termos z "czaczą", ale ja nie próbowałam, bo pamiętam jak to smakuje i jakie ma działanie.
Sama padłam spać gdzieś tak około 2 w nocy, byłam jeszcze na tyle przytomna, że dla wygody nadmuchałam sobie poduszkę, chociaż nie pamiętam tego faktu.
Rano wstaliśmy tak około 11.30, pogoda była niespecjalna, nawet trochę mżyło, więc w oczekiwaniu na dojście pozostałych imprezowiczów zaproponowałam niezbyt długi spacer nad osuwisko, gdzie poszliśmy w dość wąskim gronie.
Osuwisko pochodzi z roku 2010 i rzeczywiście robi wrażenie.
Około godziny 16 zaczęli się stopniowo wszyscy zjeżdżać lub schodzić.
Co 30 minut odbierałam SMS-y od syna, który miał mieć prelekcję "mamo wyjechałem z Krakowa" "mamo jestem w Nowym Sączu", "mamo chyba nie zdążę". Na dodatek młody zapomniał latarki, a wieczór był bardzo mglisty i ciemny.
Zaproponowałam mu aby zamiast szlakiem poszedł do schroniska drogą i było to bardzo dobre wyjście, gdyż od razu na początku drogi wziął go "na stopa" schroniskowy samochód i dzięki temu zdążył na swoją prelekcję.
Po prelekcjach (wszystkie były bardzo ciekawe, a ogólnie w ciągu tych dwóch dni - to większość dotyczyła zimy w Karpatach Wschodnich i różnych zimowych wypraw) za gitary chwycili najpierw Manio, a potem Kuba i jego przyjaciel Wojtek.
Tymczasem na tarasie uformowała się mała (a potem większa) alternatywna grupka, gdzie gadano, opowiadano kawały i dokończona została reszta czaczy.
Tam rej wodzili Taras i "nasz" Wojtek.
Tym razem poszłam spać około 1, a pozostali podobno jeszcze palili ognisko do godz. 4.
Kolejnego dnia nadal było mglisto, ale przynajmniej nie padało.
O 11 zaproponowałam "oficjalną" wycieczkę na Halę Łabowską, wybrało się tylko 13 osób reszta gdzieś spacerowała we własnym gronie, lub pozostała w schronisku.
Po dojściu do około 3/4 drogi, do Wierchu nad Kamieniem nastąpił poddział, część osób chciała już wracać aby jeszcze odetchnąć przed prelekcją, w małym gronie 5 osób dotarliśmy do Łabowskiej, zjedli fasolkę lub pierogi oraz szarlotkę i zaczęli wracać. W schronisku byliśmy z powrotem o 16.45.
Trasa bardzo przyjemna, wręcz spacerowa, ale szkoda, ze nie było żadnych widoków.
Potem była kolejna część prelekcji, wszystkie bardzo ciekawe, chociaż każda zupełnie inna.
Tym razem nie uczestniczyłam w śpiewach i hulankach, padłam spać około 23.
No a ostatniego dnia w niedzielę niestety trzeba było wracać, spieszyłam się na koncert zespołu "Cisza jak ta" w Chorzowie (niestety ostatecznie na niego nie dotarłam).
Znowu wstąpiliśmy na obiad "Pod Cycek", potem w Wilkowicach do Magdy - objaśniać jej synowi jak się przygotować do zimowego wypadu w Bieszczady.
O godz. 16.10 już wyjechaliśmy z Bielska.
W domu byłam około 19, ale ponieważ 3 dni się nie kąpałam (na Cyrli jest ogromny deficyt wody), wiec musiałam się wykąpać, a potem się już zrobiła 19.30 a ja byłam tak padnięta ze nie miałam siły iść jeszcze 3 km na ten koncert (czego bardzo żałuję, ale myślę że będzie jeszcze okazja wysłuchać).


Odpowiedz z cytatem