" po raz kolejny nie udało mi się tam wejść... za każdym razem jak jestem w B. mam tam iść i za każdym razem się to nie udaje..."

-i cóż z tego, jeszcze tyle czasu przed Tobą:) ja mimo że przeszłam setki kilometrów po tych naszych Bieszczadach (raz zrobiłam setkę w 5 dni hihi), to ciągle mam wrażenie, że tak wiele jeszcze przede mną, że tak mało widziałam. za każdym razem gdy patrzę na mapę zdaję sobie z tego sprawę, obmyślam coraz to nowe ścieżki. i właśnie to mnie tak fascynuje, że człowiek chodzi i chodzi a tu ciągle tak wiele pozostaje rzeczy nieodkrytych, nawet wiele nazw nieznanych. czasem też wraca do swoich ścieżek i znów widzi je na nowo. chyba nigdy nie powiem że znam bardzo dobrze Bieszczady. gdy nie uda mi się czegoś zobaczyć, gdzieś dojść (czasami zdarza mi się "pogubić" lub nieznaleźć danej ścieżki) - mówię trudno, niczego mi nie żal bo tyle jeszcze czasu przede mną, nie teraz to następnym razem. hihihi i znów przychodzą mi na myśl miejsca których nie znalazłam w ubiegłym roku i które będę próbowała zobaczyć od wiosny (np. pewne miejsca na Czartoryi, Kamionkach, Paniszczewie, Jeleniowatym i co tam jeszcze było), bawić mapą można się na różne sposoby. Nawet czasem cieszę się jak coś nie wyjdzie, bo to ciągle niesie za sobą zagadkę, podekscytowanie i tajemniczość tych naszych kochanych Bieszczadów:) dlatego raczej nie wyznaczam sobie celów wędrówek a jedynie kierunek, bo jak nie dojdę do danego miejsca to nic się nie dzieje, niczego nie żal tylko idziemy dalej a tamto zobaczy się następnym razem. nawet doszłam do wniosku, że bardziej kręci mnie samo poszukiwanie, takie chodzenie niż fakt czy coś znajdę czy nie. celem jest wędrówka sama w sobie a nie to co u jej krańca. celem jest chodzenie i szukanie a nie dojście i znalezienie. eh.. znów się rozpisałam i odpłynęłam