Wita nas mglisty poranek... odprowadzamy Monię na przystanek, wsadzamy do busika a same ruszamy łapać stopa w kierunku na Smerek.



Jasło ma dla mnie jakąś taką magię inną niż pozostałe szczyty... a tego dnia ma dla mnie jeszcze większe znaczenie wczłapanie się tam niż zwykle...
Na stopa zabiera nas miły Pan który jest w okolicy w delegacji a że dawno nie był w Bieszczadach postanawia trochę połazić, przed sklepem w Smereku wyciągam mapę bo ma kilka wątpliwości więc pomagamy i z uśmiechem udajemy się każdy w swoją stronę. My na Jasło, miły Pan na Połoninę Wetlińską.



po drodze wchodzimy na cmentarz i spokojnym krokiem idziemy pod górę, słychać w krzakach jakiś hałas... chwila zwątpienia ale dochodzimy do wniosku że to na pewno nie miś tylko co najwyżej jelenie :)
pierwszy dłuższy odpoczynek robimy sobie na pierwszym otwartym szczycie i tam też dosiadają się do nas Mariusz i Rafał, którzy potowarzyszą nam już do samego zejścia w Cisnej. A plecak Mariusza to studnia bez dna orzeszków laskowych od teściowej :)





kolejny dłuższy piknik robimy na Jaśle


każdy robi to co lubi...
troszkę pada deszcz, widać wielką chmurę którą na szczęście towarzyszący nam wiatr rozwiewa więc dalej możemy czerpać energię z całokształtu bycia tam...
na szczycie spędzamy dobrą godzinę a niestety wszystko co dobre szybko się kończy...



podobno latanie w takich warunkach to prawie jak samobójstwo... towarzyszący nam Mariusz kiedyś się w to bawił i mówił że podziwia chłopaków bo przy takim wietrze nikt normalny nie lata... a było ich tam chyba z 5 sztuk takich...

piknik robimy jeszcze na Małym Jaśle, tam siedzimy tak długo jak nam zbliżający się zmrok pozwoli, tak żeby do Cisnej jeszcze dojść za jasnego...

Na Jasło udaje mi się też wnieść najbardziej dziwną rzecz jaką miałam okazję nosić po górach... zupełnie przez przypadek "wyniosłam" z autka miłego pana który nas zabrał na stopa... a właściwie to nie ja tylko mój plecak do którego się wieszak przyczepił... ale przecież nie wyrzucę:) przywiozłam do domu i wisi w szafie :)


Z chłopakami umawiamy się na niedzielę... bo podobnie jak my chcą iść do Łopienki...