Nie zamarzł, nie zamarzł, tylko się rozmarzył

Ale do rzeczy, trzeba tę relację kończyć bo dni już więcej się ciągnie niż sama wycieczka godzin

Dreptał więc sobie Wołodyjowski drogą i raz z jednej, raz z drugiej strony podziwiał piękne, ośnieżone, świąteczne już choinki. Aż szkoda było tak piękne okoliczności przyrody opuszczać, ale głód zaczynał być dojmujący i nawet zimowy las nie był w stanie na dłużej wędrowca zatrzymać. Trzymając w zasadzie od słonecznej górki stały kierunek wyszedł wreszcie Wołodyjowski z lasu i przed sobą, w dolinie zobaczył dwa budynki. W lewym już grzała się woda na poranną herbatę, już jakieś ręce kroiły chleb i różne różności. Wołodyjowski podrzucił plecak i... wpadł w zaspę I tu, po drugiej stronie lasu, na otwartym terenie śnieg zastawiał pułapki. Ale nic to, w oknie chatki pojawiła się znajoma sylwetka i choć zaraz się schowała to nie miało to już znaczenia. Jeszcze jedna zaspa, jeszcze druga, jeszcze stalowa linka rozciągnięta w poprzek stoku i już można było otrzepać buty, zrzucić plecak i usiąść przy kuflowym piecu.

Zrobiło się ciepło! w ręce pojawiła się herbatka, kanapka, i choć obok w śpiworach jeszcze śnili o lecie to Wołodyjowski już, już próbował zorganizować ekipę na następną wycieczkę. Wszak była dopiero 10 rano!

Ale to już zupełnie inna historia, może ktoś ją kiedyś opowie. A może nie Wszystkim, którzy od Rzepedzi śledzili tę wędrówkę w ramach podziękowania zimowe, świąteczne choinki. Sobotnie, prosto z beskidzkiego lasu