Wieczorem, po zagotowaniu ziółek i wzmacniających eliksirów, wszystko ładnie dymem odkaziliśmy wypędzając wszelkie złe duchy i wyciskając z oczu łzy ostatnie. Wystawianie warty nie było potrzebne bo bez sprzętu p-gaz przebywanie w okolicy chaty było niebezpieczne nawet dla istot piekielnych, tylko wprawione w bojach jednostki siłą i godnością osobistą mogły stawić temu odpór, a takich się nie baliśmy. Potem zalegliśmy na wygodnej, drewnianej podłodze i podmroziliśmy się troszkę aby rankiem ochota większa do wędrówki przyszła Mimo to chwilę po wschodzie słońca pomarudziliśmy ale o przyzwoitej jeszcze godzinie rozległa się w bezludnej dolinie pieśń:

Hej, szable w dłoń! Łuki w juki, a łupy wziąć w troki
Hajda na koń! Hajda na koń! Okażemy się godni epoki, ach epoki!

Hej, szable w dłoń! Z tym okrzykiem na ustach zarzuciliśmy juki na plecy, przytroczyliśmy troki i z powodu braku koni ruszyliśmy łąką pod górę na własnych kopytach. Do portretów rodowych w chacie nie strzelaliśmy, złe słowo nas nie goniło, dzień wstawał piękny - czegóż chcieć więcej?