Jakoś nam się tak ostatnio składało, że dopiero co byliśmy z Kmicicem na Flaszy a już się nam wymarzyło posiedzieć na Bani. Jakby kto myślał, że do sklepu najpierw poszliśmy, to by się głęboko mylił. Poszliśmy szukać baszty czyli zabytku, co się prawie skończyło upadkiem z 30-metrowej skarpy i kąpielą w lodowatej wodzie - ale tylko prawie, bo w czas się wycofaliśmy baszty raczej nie odnajdując, choć kto ją tam wie. Konwencjonalną metodą (czyli po asfalcie) opuściliśmy Jaśliska i skracając sobie drogę skrótem do skrótu rozpoczęliśmy mozolne podejście. A czego tam po drodze nie było... Nie było na przykład domku na sympatycznej działce z widokiem, a obok tego domku nie było też wody. Ale plany snuliśmy wielkie, jak to rycerzom z ambicjami wypada. Już byliśmy prawie na górze, gdy zadudniło, zatrąbiło, zawyło, pociemniało i zadzwoniło. Niechybnie wachmistrz srogi Luśnia jednak nas dopadłNie osobiście na szczęście a przez projekcję akustyczną jedynie i z małego pudełeczka gadając jął się wypytywać o plany i terminy. Wietrząc podstęp zdradziliśmy kilka jedynie szczegółów żądając w zamian karkówki z zapiekanymi ziemniaczkami (coby mu to chwilę zajęło), po czym czem prędzej zasiedliśmy na Bani obserwując przebiegający poniżej dukt i miejsce, w którem wachmistrz srogi Luśnia miał się z nami spotkać za trzy kwadranse.
He he he, za trzy kwadranse!![]()


Odpowiedz z cytatem