Siedzieliśmy więc sobie na Bani, liczyliśmy przejeżdżające dołem powozy zaprzężone w mechaniczne konie i było dobrze. Słońce co prawda schowało się za chmurą, wystraszone pojawieniem się wachmistrza srogiego Luśni, zaczęło też ostro wiać, ale w jukach znalazły się jakieś zapasy a i czas był odpowiedni aby przed spotkaniem z Luśnią odrobinę choć się wzmocnić. A jak się wzmocniliśmy to dodając sobie nawzajem otuchy ruszyliśmy w dół.
Nie, nie najprostszą drogą, na końcu której z pewnością czekał srogi wachmistrz. Przeskoczyliśmy przez łąkę i złapaliśmy Drogę Pod Modrzewiami, aby wyjść kawałeczek za przełęczą - potrzebowaliśmy choć tej odrobiny przewagi. I choć szliśmy bardzo wolno to w końcu zamajaczył przed nami nami czarny asfalt głównej drogi. Podeszliśmy delikatnie, rozglądnęliśmy się i... MATKO BOSKA! Luśnia już tam na nas czekał...
Na nic zdał się paniczny odwrót, na nic przegrupowanie szyków i wysunięcie Kmicica na pierwszą linię (a co!), na nic cały nasz rycerski kunszt i mistrzostwo we władaniu szabelką. Już, już żegnaliśmy się z górami, z bukami, z ptakami, z jukami, z jakami, z iliuszynami i z AN-2...


Odpowiedz z cytatem