Cytat Zamieszczone przez bartolomeo Zobacz posta
głowa z tęsknotą odwróciła się na Jaśliska. Może...
Nie, nie, nie! Droga była tego dnia przed Wołodyjowskim krótka a w zaprzyjaźnionej chacie czekało śniadanie. To znaczy jeszcze nie czekało ale miało czekać zanim Wołodyjowski do niej dotrze. Cóż to jest tych kilka kilometrów, nawet w taką pogodę?

Wygrzebał się więc Wołodyjowski ze śniegu i ruszył Dzikimi Polami, byle do lasu. Kawałeczek tylko go od tego lasu dzielił, ale zanim do niego dotarł zdążył schować całą twarz pod chustą, na oczy założył zimowe gogle (a co) a na ręce drugą parę rękawiczek. I wędrował, slalomem między zaspami omijając co większe z nich a mniejsze pokonując wierzchem. I zastanawiał się jak to z tymi prognozami pogody bywa, przecież w tę sobotę miało być już wiosennie

Przewiany do kości dotarł wreszcie pod ochronę lasu i góry. Ten początek wycieczki, może z kilometr od jaśliskiego przystanku, dał nieźle popalić. Popatrzył się Wołodyjowski na rosnące przed nim zbocza góry, tej z zaznaczonym na mapie słoneczkiem, i zrezygnował z widoków. Bardzo sympatyczna stokówka trawersowała szczyt od północy, nie sposób było się jej oprzeć

I tą stokówką, omijając co większe górki wędrował przed siebie podziwiając las w zimowej szacie. Pod drzewami, w lesie, było cicho, górą tylko szalała wichura strącając co chwilę wielkie czapy śniegu z drzew. Stokówka cała była wydeptana przez zwierzęta, kilka nocnych legowisk też się znalazło - a skoro dla zwierząt była przyjazna to i Wołodyjowskiego musiała zaprowadzić prosto do celu. I tak spokojnie już, bez podwójnych rękawiczek i chusty na twarzy, lazł sobie Wołodyjowski przed siebie. Lazł coraz częściej rozmyślając o śniadaniu...