Witam, Diable:)
Zakładam, nie wiem, czy słusznie, że Wojtek to ja:) Jeśli tak, to dziękuję za komentarz i konkretne słowa w nim.
Ja też chodzę w góry głównie jesienią i zimą; czasami chciałoby się zobaczyć góry w kolorach, pod błękitnym niebem, a na ogół widzę je czarno-białe – też piękne, ale ta ich zimowa uroda bywa trudniejsza w odbiorze.
Ale czy kochając, zwraca się uwagę na drobną zmarszczkę na jej twarzy?…
Właśnie w Bieszczadach, w poprzednim roku jesienią, gdy na mokrym pierwszym śniegu przemokły mi robocze kamasze już po kwadransie, i cały dzień szedłem czując zimno i wilgoć w stopy, zdecydowałem się kupić porządne buty w góry. Moje więc doświadczenia „butowe” też są młodej daty, niewiele starsze nad rok. Tyle że przez te miesiące kupiłem ich i sprzedałem trochę, aż żona uznała, że coś ze mną nie tak:) Powiedz, jak kobiecie pokazać urok porządnych, szytych butów z grubej skóry? Bo ja tego nie potrafię…
Więc moje „kantowanie” zwie się krawędziowaniem? Też dobrze. Myślę, że Twój instruktor ma sporo racji, bo przecież idąc na kantach butów trudno o równowagę; tyle że ja, chodząc na ogół w niskich górach, zwykle znajduję gdzieś w zasięgu rąk gałęzie drzew do przytrzymania się.
Jeśli chodzi o doświadczenia, to chyba więcej ich jest potrzebnych do prawidłowej impregnacji naszych butów – to kolejny temat bez końca; umiejętność, której ciągle się uczę.
Raków jeszcze nie używałem. Wydają mi się urządzeniami kosmicznymi, na warunki, do których brakuje mi umiejętności, a może i odwagi. Może kiedyś spróbuję?..