W naszej opowieści zaczęliśmy schodzić. Podczas marszu przez głęboki śnieg, torowanie drogi odbywało się metoda rotacyjną. Proszę nie kończyć tutaj czytania, żeby nie pomyśleć, że toczyliśmy kogoś po śniegu. Osoba idąca na czele po pewnym czasie miała dość i „odpadała”, czyli robiła krok w bok od toru marszu, ustępując pierwszeństwa kolejnemu piechurowi a sama lokowała się w ogonie grupy. Przy zejściu grzbiecikiem nie trzeba było szczególnie uważać „na azymut, bodajże 30 stopni”, bo zboczenie groziło wyłącznie dotarciem do któregoś potoczku, co i tak nas czekało. Bartolomeo pokazał już na zdjęciu przekraczanie bezimiennego potoku, takie bardziej przed potokiem: http://forum.bieszczady.info.pl/show...l=1#post142474
A tak było za potokiem:
Wzdłuż tego potoku schodziliśmy ok. 1 kilometra, co zajęło ponad pół godziny. Tak doszliśmy do doliny Smereka i drogi, używanej przez leśników. Przez potok Smerek, dość już tutaj szeroki, przechodziło się po lodowych mostach, pokrytych śnieżnymi czapami.
Wszyscy przeszli suchą nogą, na końcu nasz narciarz, który w środowisku wodnym nie czuł się najlepiej:)
Gdy śnieg przestaje być uciążliwy, po kolei odpinamy rakiety i już pieszo idąc „na azymut, bodajże 30 stopni”, docieramy do miejsca, zaprezentowanego na początku relacji i potwierdzającego dojście w komplecie do celu.
A stąd już tylko godzinka, by dojść do Niedźwiadka w Smereku i zjeść, bodajże obiad. Do zobaczenia gdzieś, kiedyś, w innych śniegach.






Odpowiedz z cytatem