Kolejny dzień to wyprawa na Tarnicę... z UG jedziemy do Wołosatego... tam zostawiamy auta i ruszamy w górę wchodząc po drodze na cmentarz...



a później idziemy już tylko pod górę.. pogoda sprzyja, jest cieplutko słońce świeci... humory dopisują :) idziemy z nadzieją że pogada się utrzyma i ze szczytu będzie nam dane podziwiać okolicę...



Chociaż te chmury jakieś takie niepewne... nie wiadomo co będzie jak już wdrapiemy się na szczyt...



Jest tak fajnie, że by się chciało zostać na granicy lasu... robimy mały piknik... herbata, czekolada i takie tam inne i ruszamy... Nie mogę się napatrzeć na zaśnieżone szczyty chociaż w większości to i tak las



Wieje dość mocno... po wyjściu z lasu do przełęczy ja zamykam naszą wyprawę, idę sobie bardzo spokojnie i delektuję się widokami...
że też wcześniej nie zdecydowałam się na B. zimą...





Na szczycie jesteśmy sami... nasza szczęśliwa trzynastka



Ale o widokach ze szczytu możemy zapomnieć :)



Schodzimy do przełęczy i tam podejmujemy decyzję czy wszyscy schodzimy do Wołosatego czy do UG czy się rozdzielamy...
kierowcy schodzą do Wołosatego, reszta idzie Szerokim Wierchem do UG... wieje, nic nie widać więc dość ekstremalnie...



Prawie jak wielbłądy na pustyni... fajnie to wyglądało na żywo...



Z chłopakami schodzimy do Wołosatego w trójkę... niespiesznym krokiem chłoniemy energię z gór :)



Nieprzyzwyczajona do wypraw z tak dużą ekipą wieczorem robię sobie spacer po okolicy... z nimi bardzo fajnie... ale brakowało mi ciszy na szlaku