No, no... przemolla, żeś zarys fabuły nakreślił. Czytając czekałem aż jakiś "pątnik" wyjmie gnata i strzeli w czoło leśniczego a ten padając wypali z dwururki i powali kilku postronnych obserwatorów. Byłoby obok miejsca kultu... też miejsce tragediiI tylko, które byłoby wtedy bardziej medialne?
A tak już pomijając nakreśloną fabułę, pomyślałem sobie o tych pielgrzymach, którzy kiedyś, kiedyś potrafili na nogach iść, do cudownej ikony Matki Bożej, nawet z Węgier. To była dopiero wiara! Teraz, jak ostatnio tam widziałem, padnięta panienka zdychała z wysiłku (z upału?) leżąc na wznak (i skąpo ubrana) na ławie w kościele. Fakt...chłodniej tam było. Ot znak czasu, znak podejścia do wiary, do miejsca kultu, szacunku dla innych.
Pierwszy raz jak tam dotarłem, było cicho i pusto,tylko jakiś facet z brodą krzątał się, odnawiając dawną cerkiew, stały worki z cementem, lasowało się wapno, było pełno desek, kościół był zamknięty, ale mi "ten z brodą" otworzył, opowiedział, że sam go odbudowuje... co mnie niesamowicie zdziwiło. Na wiele lat utkwił mi szacunek w głowie dla niego (później śledziłem tylko każdy etap odbudowy). Ot, że facet miał aż taką pasję i zaparcie. Ja jako, bez mała, ten dawny pielgrzym udałem się do następnego punktu pielgrzymki... do Kibakowej kapliczki. Gdy już tam byłem, modliłem się w cichości, odbyła się mała retrospekcja... nadjechał "Kibak" koniem (już nie wołami) z ogromnym okorowanym balem drzewa i spowalniając zakręcał na spadku (nie spadł w dół). Na tym balu dojechałem, jeszcze żółtą żwirową drogą, do Polanki, dalej już piechotą do Terki. No cóż... tacy są pielgrzymi, jedni na nogach, drudzy samochodami (masa jest wytłumaczeń) a niedługo... może i one już nie wystarczą. Przemolla za jakiś czas wymyśli lepszą fabułęPrzepraszam przemolla... tak mnie jakoś naszło po Twoim fajnym tekście (co jest dobre bo wywołał inspirację).


Przepraszam przemolla... tak mnie jakoś naszło po Twoim fajnym tekście (co jest dobre bo wywołał inspirację).
Odpowiedz z cytatem


