Trasa
A więc było to tak: wyjeżdzać nie wyjeżdzać - jak tak - to kiedy? Ogólnie zamieszanie, zbyt dużo rzeczy na raz. Ale w końcu, budzik dzwoni w poniedziałek o 4.00 rano (już czwarta?), za oknem leje deszcz… Kwiatek jest tym razem twardszy, jedziemy. Na szczęście przestaje padać. Trasa na Kraków w miarę pusta, korków brak, poziom adrenaliny wzrasta. Jednak zamiast szybko złapać stopa, stoimy, stoimy i uciekamy przed ochlapaniem z kałuży. Optymizm jednak nadal wysoki. Popołudniu będziemy na połoninie…
Jednak nie zawsze człowiek, a nawet Aleksandra, szybko porusza się stopem. Tym razem wlokłyśmy się absurdalnie, ale sympatycznie. W Rzeszowie nastąpił kryzys, godzina i nic, półtorej… itd. I wtedy niespodzianka, przejeżdża wycieczkowy autokar i ktoś macha…przewidzenie? Nie - autokar staje i znajoma postać zaprasza do środka. Tak to już bywa pod czas jazdy autostopem, trzeba być na wszystko otwartym. Nasze wątpliwości dotyczące odwiedzania znajomych w Krośnie, rozwiązały się same. Ach ta słabość do Krosna. I znowu rano budzik, ale tym razem zamiana. Ja już mogę wcale nie spać, nie jeść…byle dalej na zielone połoniny a Kwiatek śpi. Dzień drugi zaczął się lepiej, szybko do Beska, potem Lesko… przekraczamy bramę bieszczadzką i znowu następny pojazd zatrzymuje się… jednak nie tak prędko… tym razem postanawiamy trochę powłóczyć się spontanicznie. Weremień, Hoczew, Polańczyk (?) - a co tam, Sakowczyk, Polana, Czarna, trochę utknęłyśmy w Lutowiskach, a potem już Pszczeliny i Wetlina. Ogólnie brak planu, za to duże poczucie wolności. Do tego udało się nam dogonić wiosnę, którą w Warszawie łatwo przegapić.
Bieszczady
Po pierwsze zielono, bardzo zielono, ale jak już ktoś zauważył niski stan rzek i strumieni. To taki pierwszy stęskniony rzut oka.
Po drugie wcale nie tak pusto, widać początek sezonu i do tego mnóstwo wstążek, flag, ozdobnych gałązek - ogólne przygotowania do przyjęcia wędrującego obrazu M. B. Częstochowskiej. Dzięki temu zadbano o wykoszenie i wysprzątanie poboczy![]()
Ale tak naprawdę to już wszystko w duszy gra… a przyczyna wcale nie konkretna,,, mnóstwo wrażeń zwyczajnych; zielone drzewa, połoniny, ryczący osioł, brązowe krowy. Wyliczanie wcale nie potrzebne.
Jeden telefon i po zjedzeniu posiłku wdrapujemy się na Wetlińską przez Przeł. Orłowicza, o szlaku zdecydował przypadek. Za to jaki był zachód słońca, ech ech… bezwieczna aura i nikogo na szlaku. Cisza, przestrzeń, zapachy obiecujące zawrót głowy oraz wszelkie kolory czerwonego, pomarańczowego...Niebo płonie, Smerek płonie - wrażenie nie tylko dla oczu...Truptałyśmy z plecakami szybciutko, zdziwione, że tempo takie nienajgorsze. I znów Kwiatek okazał się być twardą kobietą popędzającą mnie bezlitośnie. A Kwiatki podobno takie delikatne :)
Do schroniska doszłyśmy jak już noc zwyciężała zmieszch, choć dla uspokojenia samych siebie jeszcze czarno nie było... ostatnie minuty szarości w ostatnim odcieniu przed czarnościami.
Cd. nastąpi niedługo. Tyle tylko, że nawet króciutki wypad spowodowal, że chodze jakoś energicznie, częściej się uśmiecham
pozdrowienia dla tych co jeszcze bieszczadują i tych co tęsknią do Łez Padołu
Aleksandra


Odpowiedz z cytatem