Zaczyna sie szuter. Skodusia pokrywa sie gruba warstwa pyłu. Zgrzyta w zebach, kreci w nocie, grad kamyczków obija sie o szyby- czyli sezon letniej włoczegi mozna uznac za rozpoczety! Łotewski szuter jest zadziwiajac rowny. Da rade nim jechac i 90km/h i nic sie w skodusi nie urywa, mimo ze przy obecnym obciazeniu to zupelnie juz ciagnie brzuch po ziemi..











Przez kilkanascie kilometrow mijamy rozrzucone z rzadka chałupki a przy drodze nie stoja zadne tabliczki z nazwami miejscowosci. Co ciekawe przy drodze do gospodarstw wisza wyciete w deskach napisy- podejrzewamy ze moze to sa wizytowki np. z nazwiskiem mieszkajacej tam rodziny?
Domy sa czesto kryte strzecha, stoja rozwłoczone maszyny rolnicze, płoty chyla sie ku ziemi. I jakby wymiotło ludzi. Pusto, szeroko, przestrzennie.. I jakby jakis dziwny smutek i melancholia unosily sie w powietrzu.

Drewniany wiatrak, malenki kosciolek, bocianie gniazda, malownicze rozlewiska i podswietlone słoncem granatowe burzowe chmury. I wszystko spowite lekka mgielka kurzu unoszacego sie spod kół.









Kurcze, wspomnienie wczorajszej podrozy przez Polske staje sie jakies dalekie, nierealne.. Czy to mozliwe zeby gdzies istnialy miejsca tak klaustrofobiczne, zatłoczone, skupione, przeludnione? A tu wzrok z przyzwyczajenia podswiadomie szuka punktu zaczepiania, podparcia, zakorzenienia.. Ale tylko błąka sie po dalekich polach, pustych obejsciach zapomnianych gospodarsw, szybuje gdzies w swietliste niebo podązajac za dzwonieniem skowronkow

W lasach za Kiburi szukamy kolejnej poradzieckiej bazy! Kurcze- tu byla kiedys baza na bazie. Łotysze chyba mieli przekichane- jak tu isc na grzyby?

Kolejne kilometry plytowych drog przypominaja o minionych czasach. Przyroda ponownie przejmuje wladanie nad betonem. Znów ptaki zakladaja gniazda w pokruszonych łukach stropów. Tam gdzie trzymano rakiety z ziemi wylaza niesmialo swiezutkie pędy bluszczy. Gdzieniegdzie zbrojone plyty juz calkiem nikna pod gąszczem chaszcza- latem wogole nie bedzie ich widac. Ot trwalosc ludzkich osiagniec...



Czesc hangarów miejscowi wykorzystuja jako gigantyczne stodoły. Ogromne bele sianka sie tam susza. Idealne miejsce- suche i przewiewne.





Sprawdzamy czy wszystkie autka zmieszcza sie kolektywnie w garazach samolotowych.



Wogole to miejsce swietnie by sie nadawalo na nocleg np. jakby lało. Ale cieple popoludniowe słonce ciagnie nas ku morzu, na biwak na brzegu, na wydmie, wsrod szumu fal!

Toperz znajduje skrzynie. Bardzo fajną! Ale mimo najlepszych checi nie upchniemy jej do skodusi. W oczach Grzesia i Piotrka widac przerazenie- bo i tak ledwo miescimy sie z bagazami.



Skrzynia po sesji zdjeciowej zostaje na bazie. Tym razem...

I lecimy na Lipawe. Mijamy miasto i kierujemy sie w strone ruin nadmorskiej twierdzy


Miejsce jest wrecz magiczne! Ogromne bloki betonu zwalily sie do wody , czesc wisi na skarpach i wydmach. Morze wdziera sie na schody, chlupocze w dawnych oknach i pomieszczeniach. Mewy skrzecza po korytarzach, pachnie igliwiem sosnowego lasu, wiatr przynosi zapach wodorostu i chlodnej bryzy. Huczy w dali jakas platforma na morzu i macha w oddali wielka łapa monstrualnej koparki. Grupa wedrowcow pije winko na betonowych kopulach, łapiąc do butelek ostatnie promienie chowającego sie slonca.